— Lula — szepnął — zobacz czy nie ma ks. Samuela?
— Oddawna w kancelaryi czeka — odparł Skotnicki.
— Niech przyjdzie — rzekł Zygmunt.
Dworzanin pośpieszył z rozkazaniem i po chwilce ks. Samuel z wiązką papierów i pargaminów stał przed królem, który milcząco witał go poruszeniem głowy.
Zobaczywszy brzemię, które niósł podkanclerzy, uśmiechnął się brwi w górę poruszywszy.
— Jest co podpisywać miłościwy panie — zaśmiał się biskup, który na rogu stołu złożył listy i przywileje. — Poprzednicy miłości waszej nie zadawali sobie pracy rękę własną przykładać do listów, dość było pieczęci...
— Ha! — zaśmiał się król — trzebaż okazać, że król choć pisać umie.
I wskazał miejsce Maciejowskiemu, który nie spiesząc do pracy spytał o zdrowie.
— Cierpiałem w nocy — rzekł król — we dnie zawsze bole mi folgę dają. Jesień nadchodzi, jest to pora w której najwięcej cierpię, trudno senectus ipsa est morbus1.
— Pomnijcie, miłościwy panie, na dziadka waszego Jagiełłę — rzekł Maciejowski — krew macie i siłę jego, a ten do późniejszej starości zachował moc i zdrowie.