— Tak — odparł Zygmunt — ale żył inaczej. Jam może przeszedł go siłą, bom łamał podkowy w rękach i gniótł puhary srebrne, ale dziś już i spruchniałego kija bym nie skruszył.
Westchnął stary i zadumał się.
Nie mówili o tem więcej.
— Młodego (król czasem tak zwał syna) nie widzieliście? — zapytał Zygmunt.
— Od wczoraj nie — rzekł Maciejowski.
— Nie wiecie jak przyjął wiadomość o postanowionem małżeństwie? — dodał stary król.
— Wcześnie przeciwko niemu go starano się usposobić — począł Maciejowski — trudno się spodziewać, aby temu wpływowi oparł się o własnej sile. Lecz rzecz to nie nowa. Narzeczoną swą zna z listów, wie że mu serce zawczasu przeznaczone przyniesie, że jest pobożnie przez matkę wychowaną. Nie daje nic znać po sobie... miłostki młode zapomnieć się muszą, aleby dobrze było zawczasu im tamę położyć.
Król począł się marszczyć.
— Jak? — spytał krótko.
— Ze dworu królowej oddalić miłośnicę — szepnął cicho Maciejowski.