Zygmunt oburącz głowę objął... nie mówiąc nic okazywał, jak wielką w tem widział trudność.
— Wydaćby ją za mąż wyposażywszy — dodał ks. Samuel — znajdzie się nie jeden, co się o ładną lalkę pokusi...
— Nikomu jej dziś nie dadzą — szepnął Zygmunt — nadto jest potrzebną. Musiałbym o nią rozpocząć wojnę.
— Nie moja rzecz intrygę zwalczać intrygą — mówił dalej, ciągle szepcząc Maciejowski — stan mój na to nie pozwala, charakter się tem brzydzi. Ktoś innyby to powinien dokonać i uwolnić nas od niej zawczasu.
Nie odpowiadał król długo, ale myślał zasępiony, westchnął razy parę i w końcu zamruczał.
— Na co się to zdało? alboż druga w jej miejsce podstawiona się nie znajdzie, gdy jej za narzędzie użyć będzie potrzeba?
Jest ich dosyć we fraucymerze, co się chętnie podejmą kusić...
Zamilkł.
Ks. Samuel, jakby zwyciężony tym argumentem, milczał także; ale myślał że popróbować usunąć tę o której wiedziano powszechnie, iż młodemu panu najulubieńszą była, nie szkodziłoby jednak — wstręt miał wszakże do takich się uciekać sposobów, choć w poczciwej sprawie. Oręż to był nieprzyjaciół, nie jego.
Zwrócił się ku papierom i przerzucać je zaczął, przysposabiając się do poddania ich królowi, który już do blizko stojącego kałamarza i pióra sięgnął, aby się do podpisywania przysposobić.