Z tego wszystkiego pokazuje się, że miał naturę więcej ludzką niż chłopską, która do jego stanu wcale nie przystawała. W chacie nie było z niego korzyści, dla tego też Zonię musiano wydać za mąż i wziąć przyjmaka do chaty, bo Sachar bujał, a na niego ojciec nie mógł nic rachować, chyba w biedzie i ostateczności. Na zły raz, prawda gotów był i życie zaofiarować... i czterech zastąpił... ale to nie trwało — byle bieda za drzwi i on w pole...
Zresztą koło koni i bydła znał się dobrze, pług naprawić potrafił, stelmaską robotę tak gładko nie raz mu się wykończyć udało, że sam majster się jej dziwował, skrzypkę nawet sobie wystrugał i grać się na niej nauczył bez niczyjej pomocy; — nożem także, co chciał, wyrzeźbił z prostego kija, a choć mularki nie znał, piec rozwalony naprawił i wylepił jak nie można czyściej, za warsztatem więcej płótna utkał od ojca i siostry, dźwignął nieraz wór, że go drudzy we dwóch nie wzięli... ale zaprząść-że go było gwałtem do czego, nie wybiłeś z niego ani ruchu, ani słowa, a pod złą godzinę jak się zaciął, wszystko psuł i opuszczał...
Z ludźmi także nie jednakowo się obchodził i jak wiatr nań powiał, czapki nawet przed ekonomem nie zdjął, choć drugiego dnia biegł w zawody gdzie mu pokazano.
Ze wszystkiego jednak skrzypkę Sachar lubił najlepiej, i nóż którym sobie strugał różne rzeczy... Jak się zagrał choć do niego strzelać było, na inny świat wędrował, ni chłodu ni głodu nie czuł, ni krzyku by nie usłyszał nad uchem.
Przychodziły na niego takie chwile zacietrzewienia — i w inne czasy, choć nie grał, tak że starsi, mówiąc o nim pokazywali na czoło, dając do zrozumienia, iż nie spełna był przytomny. We dworze, z powodu jego wzrostu i budowy a niewielkiej ochoty do pracy kilkakroć już podobno była mowa o przeznaczeniu go na żołnierza, ale szczęściem zawsze ktoś pożałował biedaka, który wcale do dźwigania oręża się nie nadał.
Prawie rówieśnikiem Sachara był ów nasz dąbczak na łące w lesie, o którym niecośmy zapomnieli, ale nie wiele o młodości wiejskiego dziecka, a mniej jeszcze podobno powiedzieć można o pierwszych latach kołka rosnącego gdzieś w gaju...
Pomału wychodzi z ziemi co ma trwać długo, rośnie nieznacznie, krzepi się zwolna, — ludzkie tylko sprawy prędko się jawią, by zniknąć prędzej jeszcze.
Ogólne to prawo stosuje się do wszystkiego widomego pod słońcem, a mądrość narodów sformułowała je po swojemu, mówiąc, że co nagle, to po diable...
Drzewko też jakby miało trwać wieki, rosło niepostrzeżone i wcale się nie spiesząc.
Sąsiedzi, stara brzoza garbata, osiczyna chorowita, sośninka młoda, nawet krzaki potulne, najrozmaitsze robiły przypuszczenia o przyszłości dębu — jedni utrzymywali, że ten lichy wypustek lada przechodzień wyłamie, lub który z Pakułów z zielskiem wykosi nieboraka, jak to wielu z młodzieży się trafia, że bez wąsów idą na wiekuisty spoczynek; tarnina była tego zdania, że skaleczeje, nim pójdzie do góry, i na wieki lichym krzakiem zostanie; inni rokowali mu świetne losy, a widząc, że z pod tak wspaniałego pnia pradziadowskiego się dobył, obiecywali zeń belkę potężną lub pół kopy klepek... Nikt nie zgadł co go spotkać miało!