Gromada osądziła go zaraz po swojemu i dano mu przezwisko Nietiamet’, co wychodzi na głuptaszka, gdyż za takiego mógł przy robocie uchodzić, a tu grunt była robota. Za to na radzie, do tańca, do wygadania się Sachar był pierwszym i zadziwiał wszystkich sprytem, który nie wiedzieć zkąd mu przychodził. Były na niego chwile takie, że kołka zaciosać i słowa rzec nie umiał, a w innych mówił, robił, śpiewał, czego się nigdy nie uczył, na podziw osobliwie.
— To nie chłopska natura w tem dziecku — szeptał po cichu Perebendia — chłop musi być takim dziś jakim był wczoraj, a Sachar... patrz ino, którędy wyleci, dziś oknem, jutro kominem. I wszystko umie i nic nie umie, jak na niego napadnie; — jemu by panem i swobodnym być, nie parobkiem... Jak się to nie przemieni gotowa bieda z chłopcem...
Dziwna rzecz, choć takiego niezdarę, wszyscy go lubili i folgowali jak mogli, uśmiechem rozbrajał, głosem pociągał, słowem jednał tak, że nawet najnieczulsze z narzędzi, bizun ekonomski, często od pleców swych odegnał jakimś cudem. Na wsi, we dworze, lubili go jak dziecię pieszczone, matka za nim przepadała, ojciec jak mógł w pracy wyręczał, siostry zastępowały koło domu, i stary Perebendia, choć gderząc ujmował się za nim. Wiodło mu się też doskonale i wesoło, — ale taka bieda z człowiekiem zawsze a nawet z chłopem, że byleby mu się wiodło, nigdy dosyć, chce się więcej a więcej, aż nareszcie gwiazdki z nieba, dokąd już chyba przez dziurę w ziemi dojść można i to dopiero meta laborum.
Mało Sachar robił a stękał, nic nie robiąc nudził się, porywał z wielką ochotą do każdej rzeczy nowej i wnet ją rzucał utrudzony, zawsze mu się chciało nie tego, co było, ale najczęściej tego, co być nie mogło.
Czekał jutra nie śpiąc, a gdy przyszło, po wczorajszym dniu płakał.
I tak wyrósł na podziw ludziom, na utrapienie sobie i niepokój staremu dziadowi, który wciąż powtarzał — jeden Bóg wie, co z tego będzie...
Rozdział szósty. Jeszcze kołki i ludzie
Rósł tedy, rósł a broda mu się wysypała na twarzy jak trawa w stepie na wiosnę...
Choć Nietiamet’ niby to, do wszystkiego był zdatny, a czasami na podziw umiał co chciał, byleby mu długo jednego robić nie kazano i nikt nie stał nad karkiem, a własna wola panowała; — z musu nic nie potrafił, zaraz mu głowa obwisła, ręce zdrętwiały i naprawdę był do niczego.
Z serca i ochoty, dla ojca i matki, dla ładnego dziewczęcia, dla ubogiego starca, gotów był do potu się upracować, — z głodu i przynuki kartofli by sobie nie upiekł.