— A co mi tam — mówi pan Jan — u mnie kosowica! jakoś to będzie i bez nas.

— Kochany Julku, teatr nasz upada, podtrzymajcie go choć szelągiem od niepotrzebnych wydatków, dźwignijcie scenę narodową... — i to święty obowiązek.

— A cóż mnie do teatru! — ruszył ramionami Julek — gdy do niego chodzę to za miejsce płacę... jakoś to będzie!

I tak ciągle, tak zawsze, idziemy ślepo, każdy sobie i przed siebie, niechcąc się ująć za ręce po bratersku, ani pomyśleć o jutrze, a gdy jeden z tych biednych proroków, od których wszyscy uciekają jak od powietrza, odezwie się, wołając do pracy, obmyślenia jutra i poświęceń ochotnych, odwracamy się tyłem, szepcąc po cichu:

— Jakoś to będzie!

Ale w końcu nijak to nie będzie!!! nie zostanie ani grosza, który dziś pozostał jedynem bóstwem naszem, ani mienia, które tracimy na zbytki, ani co gorzej, poczciwej sławy i czci starej, ani spokoju sumienia — źle jakoś będzie, bośmy o lepsze starać się nie chcieli, nie umieli, nie zdążyli, póki była pora.

Cała nasza społeczność choruje na to — jakoś, nie wierząc już w siebie, uznając się słabą do pokierowania jutrem i spuszczając na to co okoliczności sprowadzą. Smutniejszego symptomatu nie znam w dziejach... ani wyrazistszej oznaki upadku. Wszystko, czego po nas losy i dzieje nieubłagane wymagały, poświęciliśmy po kolei; dziś grosza tylko trzymamy się, jak ostatniej deski wybawienia, i byle kieszeni nie dotykano, na resztę mówim z głupią osiczyną — Jakoś to będzie!

A! źle będzie na pewno, moi panowie, bośmy opuścili ręce i pozamykali serca, bo ani się modlić, ani pracować, ani cierpieć godnie nie umiemy.

Czy ten ustęp należy do historji kołka w płocie, nie wiem, zdaje mi się jednak, że niejaki ma z nią związek, a choćby ni przypiął, ni przyłatał był przyszyty, czemuż nie ma mi być wolno wytłumaczyć się z niego, jak wy codzień powtarzacie: Jakoś to będzie...

Idziemy dalej...