Inaczej wszakże dzieje się z drzewem niż z nami: z człowieka wybiega dusza, wylatuje duch, ostyga ciało i wszystko się kończy w jednem oka mgnieniu; drzewo ścięte przestaje rosnąć, ale czuć i chorobliwie biednie konać nie przestaje, póki się w próchno nie rozsypie. Ale z swobodnej latorośli, która co roku grubiała, co wiosnę puszczała listki, pracowała na pączki, siliła się na korzonki, patrzała w słońce i piła rosę perlistą, zimny zostaje kołek, kloc, drewno, które sobą nie włada, któremu nic nie przybywa, istota bierna i nieszczęśliwa, krajana, strugana, cięta na kawałki, oczekująca cierpliwie póki się nie rozsypie w próchno.

Nasz dąbczak nagle położony na ziemi, obcięty ze swoich młodych gałązek, poczuł że mu odrąbano głowę, że go oddzielono od korzeni, któremi łączył się z matką ziemią, że się stał czemś uciętem, bez związku ze światem — i na chwilę zamarł z boleści.

W lesie sprawiło to taki skutek, jaki czyni na świecie upadek człowieka, któremu jedni wiele prorokowali, drudzy zazdrościli wiele... zaszumiały gałęzie, ruszyły się konary, wzdrygnęły trawy, ale przyznać musimy z żalem, że tu także jak między nami, nikt nie pożałował biednego, a każdy wewnętrzną poczuł radość, że ten los spotkał sąsiada nie jego...

Brzoza pochylona przechyliła się niżej jeszcze żeby smutnemu upadkowi dąbczaka przypatrzeć, osiczyna zaskrzypiała tryumfująco, tarny zadygotały z radości a jedna sośninka tylko smutnie spojrzała na biedaka, zadrżawszy o własną skórę.

Nie śmiemy malować stanu serc i umysłów łopuchów i ciemierzyc, łozin i różnego tałałajstwa, które rosło dołem; tam prawdziwie gorszące były szelesty zwycięztwa, urągowiska i śmiechy... Łopuch się rozpiął szeroko i prychał z radości, ujrzawszy nieprzyjaciela na ziemi, ciemierzyca jak pijana się zataczała, trawy choć pogniecione szalały, zielone dobywając główki...

W jednem mgnieniu oka rozeszło się to po lesie, jak wszelka zła nowina rozbiegać się zwykła, gałęź podawała gałęzi, liść liściowi i z wierzchołka na wierzchołek przelatując, poleciała aż do starych dębów praszczurów, które zimno i filozoficznie ją przyjęły.

Sosenka była smutna... straciła przyjaciela; stary pień, z pod którego dobył się wyrostek, ani drgnął — próchno mu serce wyjadło...

Tymczasem istota, co lat kilkadziesiąt powoli rosła i z niczego się budowała, pyły zbierając w powietrzu, ziemi, świetle i rosie w którą się odziewała — jednej chwili złamana żyć przestała, Chariton obojętną dłonią rzucił ją na wóz stojący blizko, na którym już podobnych owemu kołków spora leżała kupa.

Mieszkaniec lasu spokojny, znalazł się nagle w towarzystwie obcych zbolałych jak on istot, najróżnorodniejszego pochodzenia i natury.

Nie same tam dębowe znajdowały się kołki, było ich dosyć osikowych, były grube laski leszczyny, ba i gorsze jeszcze, ale to wszystko teraz w świętej równości i braterskiej biedzie z daleka wydawało się jakby jeden kołek pomnożony przez... wiele chcecie.