Nikt poznać by nie potrafił szlachetnego dębu, wielkich nadziei od leszczyny staruchy, która nigdy do większej czci nad kołek wzdychać nie mogła, i osiczyny od grabu, co stękał, że mu życie odjęto nim się zdał na zęby do młyńskiego koła...

Na wozie Charitona leżało to jedno obok drugiego, bez różnicy klasyfikacji, jak na cmentarzysku co los postanowi.

Wszyscy nieszczęśliwi jednak pocieszali się tem że kołkami nie palą, i że im trochę życia lichego zostanie jeszcze, a wierzbina śmiała się szydersko z współbraci, zaręczając, że puści nowe korzenie i zawsze drzewem zostać potrafi, czemu inni wiary dawać nie chcieli.

Szlachetniejsze owe drzewka raz wyrwane z ziemi, na której wzrosły, już do innej przywyknąć i w niej nowego życia rozpocząć nie mogły, filozoficzna i trochę rozłajdaczona wierzbina, byle jej wilgoci nieco i gliny, w błocie czy na piasku, czy na czarnoziemiu, umie się wkorzenić i nie tęskniąc za starymi korzonkami, nowe puścić.

Jest to w naturze drzew co u ludzi: jedne miłują tak swoją ojcowiznę, że w niej tylko im dobrze, drugie byle jamka i dołek, jakie takie życia warunki, gotowe wegetować i w gnoju... Do ostatnich należy właśnie wierzba, której każda gałęź, ledwie od macierzystego pnia odrąbana, zaraz sobie sama gospodarzyć i zielenić się zaczyna.

Trafia się i innym kołkom, że w pierwszej chwili boleści walcząc o życie puszczą liści kilka, ale nim jesień te zwarzy, same one powiędną... Suchy potem kij sterczy już tylko nad ziemią obcą, z którą się pogodzić nie mógł.

Narąbawszy wszelakiego drzewa, Chariton pojechał powoli do dworu...

A że słońce było wysoko i lękał się, by go wcześnie wracającego po drugą furę nie wyprawiono, na skraju lasu z wozem stanął w trawie i długo pasł konie. Nasz kołek leżał nie pewien jeszcze jaki go los spotka, niektórzy z towarzyszów jego, pessymiści, utrzymywali, że choć cienkich wrzucą ich na ogień i spalą; inni protestowali, oczekując rychło się znowu wóz ruszy.

Słońce już było nad zachodem, gdy Chariton dźwignął się z ziemi, konie pozakładał i pomalutku pociągnął ku wsi drogą... Tu go spotkała Wasylissa, oznajmując mu, że synowi znać dała aby uciekał... że Sachar już był w lesie. Ale nie długo mówić mogli z sobą, obawiając się aby ich narady nie podpatrzono; ojciec powinien był udawać, że nie wie o ucieczce syna.

Nareszcie o mroku wóz podjechał pod wygniły płot ogrodowy i tu, obok innych kilku, fura kołków wyrzuconą została na ziemię...