Wszyscy się wielce ucieszyli.
Losem nasz dąbczak upadł tak, że dotknął dębowego także ale starego kołka, oplecionego zeschłym chrustem dawnego płotu... i na widok losu współbrata zadrżał...
Kto wie, czy nie lepiej było zostać na ogień wrzuconym, spłonąć i od razu w popiół się obrócić! W istocie, stary kół ów w najopłakańszym był stanie... leżał na ziemi wilgotnej, obalony od spodu, przegniły, nadbutwiały, okryty pleśnią i mchami, a tak znędzniony, że się i na opał przydać już nie mógł nawet i spalić go było trudno.
Młody kołek wzdrygnął się dotknąwszy jego powierzchni oślizłej i trupiej; ale poznali się i staruszek odezwał się ledwie dosłyszalnym głosem:
— Dębowy waćpan jesteś?
— Mam to szczęście...
— Śliczne szczęście być dębem i zostać kołkiem... Widzisz co mnie spotkało... miarkuj co z tobą będzie.
— Wieleż asan dobrodziej lat przebyłeś w tem położeniu? — zapytał młody.
(Trzeba wiedzieć że i między dębami dobrodziejami się nazywają przez grzeczność...)
— Lat nie dużo a nie do poznania jestem zmieniony — odparł starszy — nie wiem czy dziesięć się tu stało... a dwa się już leży... ale cóż-bo to za służba kołka w płocie... posłuchaj mojej historji.