Głoszono pilnie i poszukiwano włóczęgi. Rogalowie kazali go ścigać i imać, gdzieby się kolwiek znalazł... ale Sachar wpadł jak w wodę...
Stary dziaduś Perebendia płakał po nim cicho za piecem, ale krył się z żalem, aby go biedniejszej matce nie dodawać; ojciec wzdychał, siostra wspominała często, i tak powoli powiedzieć sobie musieli, że już się chyba nie wróci...
Jedna Wasylissa wierzyć temu nie chciała, i każdy wieśniak podróżny zdał się jej podobnym do syna, a sny coraz go oznajmywały... Tymczasem lata płynęły, dzieci rosły, starzy chylili się ku ziemi i chata coraz głębiej zapadała, a Sachara widać nie było.
— Taki on powróci! — mówiła matka.
— Oj nie! — powiadał dziaduś — jeżeli mu tam na świat wybić się udało, głupi by był, żeby nazad przyszedł biedę klepać i za pługiem chodzić; chyba go gdzie złapią i przyprowadzą...
— Niech Bóg uchowa!
I często tak w chacie gwarzyli, a Sachara ani widu ani słychu.
Jednego wieczora jesiennego, siedzieli wszyscy na prźyzbie od podwórka i tylko co byli skończyli wieczerzę, a na rozmowę jakoś nie szło, gdy psy we wsi od kołowrotu mocno ujadać zaczęły.
Stary towarzysz Perebendi zwlókł się także, poszedł do wrót, nastawił uszy i hauknął za innemi, ale widać mu szczekanie tamtych nie trafiło do przekonania, bo zaraz gderać poprzestał i nosem tylko pociągał, dopytując bliższego powodu tego hałasu...
Tem dziwniejszy był ten rejwach, że ani turkot wozu, ani szum nie usprawiedliwiał go wcale, we wsi było spokojnie a psy chwilami ujadały dziwnie, tak że stary nasz podworotnik musiał mimowoli niekiedy im wtórować przez uczucie psiego obowiązku.