Ulicą środkiem wioski szedł jakiś podróżny i rozglądał się w około bojaźliwie... Ludzie nań poglądali i dziwowali się, że o drogę nie pyta; a psy podskakiwały całą gromadą ku niemu i ujadały zapalczywie za idącym, który tylko powolnym swym chodem onieśmielał.

Dziaduś wreszcie wyścibił łysą głowę przez bramę, ale ślepy, nic dojrzeć nie mógł — za nim wnuczę wybiegło.

— A co tam? — spytał Perebendia lepszych oczów — nie widzisz...

— Idzie z kijem podróżny, dziadu, i staje przeciw chaty naszej.

Zerwała się Wasylissa, wiecznie oczekująca podróżnego, i wyszła z sercem bijącem naprzeciw.

Sachar to w istocie stał naprzeciw chałupy i patrząc na nią zbliżyć się nie śmiał. A poznać go było trudno, bo miał z pańska odzienie i twarz jaśniejszą i płeć bielszą i taki postarzał nieco przez lata wędrówki i tęsknoty.

— Wszak-ci to chata Pakułów — rzekł głos podnosząc...

Wasylissa wybiegła na te słowa, bo głos poznała zaraz i zarzuciła mu ręce na szyję — Sachar! — krzyknęła nieprzytomnie — to on...

— Cicho, kobieto! — odezwał się dziaduś — ty go wydasz, a on się ukryć może potrzebuje; zgubisz syna...

I pociągnęli go na podwórko co żywo, a stary wrota zaparł i psy zaraz szczekać przestały. Tu go otoczyli kołem wszyscy, całując i ściskając i nacieszyć się nie mogąc, a pytaniami zarzucając... ale jemu słów na odpowiedź brakło...