Najmniejszego do tego powodu nikt jej nie dawał: Sachar służył milczący, Natalka siedziała nad krosnami, we dworze szło wszystko swoim porządkiem...

I po niejakim czasie powiedziano sobie, że kochankowie już się kochać przestali...

A miłość ich cicha i trwożna, wyśmiana i wyklęta, trwała przecie, wzmagając się z dniem każdym, i jedna panna Adelaida wiedziała tylko, że byli sobie wierni, ale pobłażliwa dla nich, milczała.

Spróbowała nawet, gdy sam na sam była z bratem, spytać go, czyby nie można pożenić ich z sobą... ale pan Wincenty takim parsknął śmiechem, że się przestraszyła, nie pojmując coby tak niedorzecznego powiedzieć mogła.

— Pożenić ich, wyśmienicie — rzekł brat — dalejże co? chyba im dać Dębin, żeby sobie panowali. Pan Sachar artysta, na chleb pracować nie będzie, pannę Natalię wychowałaś na wielką panię... chodzi w sukienkach i kapeluszach... do chaty nie wrócą... ślicznąbyś im dała przyszłość.

Wieczorem panna Adelaida wspomniała o tem Natalii, a dziewczę rzuciło się przed nią na kolana.

— Tylko się nam pobrać pozwólcie — powiedziała jej — pójdziemy do chaty oboje, wdziejem siermięgi, do których nas Bóg stworzył, będziemy pracować i trud nas nie zastraszy, a błogosławić was całe życie przy każdej nie zapomnim modlitwie!

— Moje dziecko... ależ to nie zależy odemnie! I popłakały się obie.

— Czekajmy cierpliwie — mówił Sachar — Bóg łaskaw... ludzie się zlitują, a jeśli nam bronić będą szczęścia, ucieczem ztąd za morza; wszędzie zarobić można na chleba kawałek i powietrza nam płacić nie każą... ja na ciebie zapracuję...

Natalia popłakała i usiadła do krosienek i czekali...