Kiedy Sachar padł na łoże swoje, wszyscy stali przykuci, w milczeniu upokorzenia jakiegoś przed tem uczuciem wielkiem, które ich podbiło; litość znalazła się tam nawet gdzie nigdy mieszkać nie zwykła.

— Dajcie mu pokój, to przejść może — odezwała się Dorota — biedny chłopiec!... któżby był sądził, że on tak kochać potrafi, że tak to uczuje... Doprawdy, żal mi ich obojga... ale to chwilowe być może.

Powoli rozeszli się wszyscy; niektórzy spać się pokładli. Natalka leżała w gorączce, wyrywając się i chcąc pójść ku niemu; posłano po lekarza... Sachar spał, ale tak cicho i spokojnie, w tak szczęśliwem i błogiem upojeniu, a usta jego tak się uśmiechały łagodnie, że Matyasz, który go pilnował, miał nadzieję, iż się przytomnym obudzi.

Nadszedł wreszcie ranek, u progu stali rodzice Sachara, płacząc a czekając żeby oczy otworzył; chłopak westchnął i poruszył się, przetarł powieki i powoli zwlókł się z niewygodnego swego barłogu... Ale za pierwszem spojrzeniem martwych i błyszczących źrenic jego poznać było łatwo, że przytomności nie odzyskał. Wzrok jego nie patrzał na świat i nic na nim nie poznawał; wziął swą skrzypkę, minął rodziców którzy go płacząc wstrzymywali i wolnym krokiem poszedł z izby.

Dzień był jasny i piękny... Sachar wesół i swobodny, powitał się z królem słońcem i królewiczem porankiem jak starzy towarzysze... odetchnął piersią pełną, tak mu zdrowo i dobrze było na świecie!... poszedł machinalnie drogą ku oknu Natalki, i zdziwił się niby że go tam kroki zawiodły, potem dalej w sad, w lasy, na pola...

Rodzice biegli i zdążyć nie mogli, siedli na miedzy i płakali, a stary dziaduś, wyschły i lżejszy, podążył sam jeden za utrapieńcem. Sachar i tego nie poznał...

Rzekłbyś, że go ciągnęły wzgórza, bo się piął ku wyżynom i z wierzchołka ich długo na świat swój patrzał, uśmiechając się z radości że tak był piękny.

Nareszcie siadł na najwyższej mogile, podstroił skrzypkę i znowu hymn swój grać zaczął... Dziaduś skulony, patrząc mu w oczy, przyległ u nóg jego...

A w miarę jak coraz dłużej wzrok staruszka poił się wejrzeniem obłąkanego, dziaduś czuł, że szał go ogarnia jakiś i dzikie myśli szczepi mu ta rozogniona źrenica... I musiał spuścić oko aby sam nie oszalał...

O południu, znużonego jak dziecię powiódł do domu Perebendia, a Sachar, dając się wieść posłusznie, słowa nie przemówił... W chacie usiadł na ławie, a gdy matka podała święty chleb czarny i strawę, jął się jadła jak najzdrowszy i napasł lepiej niż kiedy.