W tej samotności zmuszona żyć z niebem, na które patrzała i powietrzem, co ją otaczało, w ciszy głębokiej przysłuchiwała się, czy nie dojdzie ją szum dalekich borów i głos braci, którym tak wesoło było rosnąć kupą i wzajemnie się podpierać... ale rzadko zaleciała ją pieśń bratnia, pomnażająca tęsknotę.

Nie miała nawet tej pociechy, by ziarna jej powrócić kiedy mogły ku borom rodzinnym, bo las był gęsty i nieprzepartą wichrom stawiał tamę, a zielska okrywały szyszki gdy spadły, nie tak jak w sosnowych puszczach, gdzie ledwie trawka rośnie i przyjazna im czernica, a gładkie i wysokie pnie swobodnie wiatrom szumieć dają i daleko ziarna roznosić...

Nie tylko drzewa były w nieprzyjaźni z sosną, ale zielska nawet krzywo na nią patrzały. Spadające z niej igły przysypywały ziemię, tak, że tamowały wzrost wszystkiego, prócz trawy; ciemierzyce więc, staroduby, jaskry leśne i inna gawiedź, nie mogąca sosny dostąpić i zmuszona trzymać się opodal, ostatniemi ją słowy łajały. Nie było nikogo znajomego, wszyscy obcy, nawet trawa inna, a co żyło, nieprzyjacielem. Ptaki, lasu mieszkańce, nie przywykłe gnieździć się w gałęziach ostremi igłami pokrytych, z pogardą także omijały drzewo niemiłe, i wraz z całym lasem go przeklinały. Słowem, było to życie ciężkie i nieosłodzone niczem; niby to żyźniejsza ziemia nagradzała nieco to wygnanie, ale sośnina przy tylu zmartwieniach ciągłych nie przywykła do pożywienia nowego, dostała rachityzmu i widocznie chorowała.

Dąbczak młody, któremu także nie bardzo było wesoło na świecie, uczuł wprędce, że prześladowani garnąć się do siebie powinni, i zbliżył się do tej sąsiadki, wdzięcznie nań, jako na pierwszego przyjaciela spoglądającej. Jakkolwiek ciężko im było się zrozumieć, bo całkiem różnemi mówili językami, wszakże w końcu utworzyli sobie mowę właściwą, iglasto-liściowatą, z której choć się las śmiał, oni nią nocami rozmawiali.

Nie wiem czy wszystkim wiadomo, że drzewa także mowę swoją mają, a ruch ich liści i głos który wydają, służy za jeden sposób porozumienia, gdy zapach jest drugim i daleko używańszym, bo dalej i pewniej sięgającym. Ztąd to młode rośliny, jak zwyczajnie krzykliwe dzieci, daleko silniejszym obdarzone są zapachem. Sośnina była z powodu przecierpianych kolei charakteru łagodnego i przyjacielska, pierwsze więc zbliżenie się ku sobie dąbczaka przyjęła grzecznie i nie wahała się bronić go od napaści zielsk szkodliwych, o ile sięgnąć mogła...

Rozdział czwarty. Miejsce urodzenia i epizodycznie o ludziach

Chociaż, jakeśmy już powiedzieli, miejsce rodzinne bohatera naszego u wielkiego pnia prapradziadowskiego zawierało i sośninę i brzozę i spruchniałą lipę i łozinę i krzak tarni i osiczynę i ciemierzycę i łopuchy — nie był to właściwie las, choć przed wieki powstała z lasu polanka zwała się nawet łąką i koszono ją co roku. Takich łąk leśnych, na których wolno było leżeć i gnić kłodom, pruchnieć pniakom, zarastać trawom i wszelakiemu zielsku się rozpościerać, nie mało na naszym Wołyniu. Może być że postępowi gospodarze zakrzykną na niedbalstwo i zdumieją się nieopatrzności; ja jednak bronić muszę dziedziców i dzierżawców, którzy dają trochę swobody wszelakiemu tworowi leśnemu, bo dla oka, dla umysłu, widok tych malowniczych polanek wielce miły i wdzięczny. Są to oazy wśród naszych gąszczów i zarośli, które bujna ziemia zasiewa. Stoją na nich osamotnione drzewa stare, które oszczędziła siekiera, z powypalanemi swawolnie bokami i zadumane wspomnieniami lat dawnych, szeroko rozpościerają gałęzie; leżą odarte z kory kłody, mchami porosłe, bujają kwiaty, a słońce przedziera się przez gęstwinę i żywym promieniem ozłaca te kupki traw, szmaragdów zielonych, te leśne grządki wesoło rozkwitłych gości, których jutro czeka nieochybna śmierć od kosy wieśniaka.

Łąka nasza należała do chłopka właśnie.

Nic dziwnego, że się im patryarchalnie zawsze wydzielają najgorsze, prima charitas ab ego. We wszystkich świata językach znajdują się przysłowia, uświęcające tradycją wiekową i zgodą narodów to postępowanie baczne i oględne; a ludzie w sprawach o własną skórę niezmiernie radzi trzymać się tradycji i święcie ją szanować. Łąka nie samą trawę rodziła, jak widzieliśmy: zarastały ją także drzewa, zawalały kłody, obejmowały zielska i tarnina, najstraszniejsza z przywłaszczycieli, powoli załaziła coraz dalej, co rok maleńkiego synka lub córeczkę sadząc przy sobie na gospodarstwo.

Chłopek nie bardzo miał czas karczować, a co się tyczy starych drzew, tych nawet wycinaćby ni śmiał, gdyż choć wyrastały na jego łące, nie miał żadnego do nich prawa. Użytkował z trawy, ale postarać się o nią nie mógł i co roku mniej kosił: na to nie było ratunku.