Wypada nam tu z samego toku rzeczy poznać się z tym włościaninem, właścicielem łąki, który na losy naszego dąbczaka wywarł wpływ stanowczy. Był nim niejaki Chariton Pakuła, jeden z tych tysiąca, o których nikt nie wie prócz sąsiada, którzy stanowią cyfrę w statystyce a nie mają żadnego prawa prócz do pracy ciężkiej i stękania.

Pakułowie mieli oprócz tej łąki w lesie na pół zarosłej, trzy szmaty gruntu, rozrzucone w trzech łanach i chatę z ogrodem wśród wioski, prapradziadowską jeszcze, staruszkę, która prawdziwym cudem trzymała się nad ich głowami.

Wszystko tu cudem w tem życiu wieśniaczem, które my przyjęliśmy za fakt spełniony, nie sądząc, aby się w niem kiedykolwiek co zmienić mogło. Jak się tam ludzie rodzą, wychowują, żywią, kształcą, pracują, wystarczają temu co od nich wymagają — któż wie oprócz Boga?

Chata, gdy ją stawią z wyproszonego ukłonem i kurą drzewa, w dniach od pracy wolniejszych, wieczorami, rankami, nocami, po księżycu, sił ostatkiem — rzekłbyś, że nie postoi kilku tygodni, tak biednie się kleci i ubogo a oszczędnie obmyśla — przecież tu podparta, tam podłatana, ówdzie ściśnięta, trwa nieobliczone lata i kilka pokoleń w swem łonie wykołysze i wymorzy.

Nie jednej z nich nie pamiętają budowy, nie wiedzą początku, w ziemię wkląśnie, przysiądzie, tak że dach ledwie nie na przyzbie leży, okienko się w dziurze kryje, a ludziska w niej mieszkają, żyją, cierpią, rodzą się, umierają, zupełnie tak jak po pałacach.

Toż samo co z chatami dzieje się i z ludzmi, o których wszakże mało kto pisał, i w żadnej historji naturalnej obyczajów ich nie znajdziesz, pod pozorem że antropologja całkowicie im została poświęconą — istotne cuda!

Jawny to fałsz i niedostateczność dzisiejszej nauki antropologii, że ich do ogólnego plemienia ludzkiego zaliczono, gdy ród wieśniaczy widocznie odrębny, wątpię by do człowieczego rodzaju mógł należeć. Mnogie pokolenia szlacheckie i ekonomskie protestowały przeciwko temu i protestują batogiem, gębą, ręką i instynktowną ku nim nienawiścią.

W istocie, nie mogą to być prości jak my ludzie.

My rodzimy się z wielkiemi ceremonjami, hodujemy ostrożnie w pieluchach, chuchają na nas, wychowują jak co szklannego, poją, karmią dobranemi ingredjencjami, kładną nam łopatą w głowę mnóstwo rzeczy niezbędnych, a pomimo tych niezliczonych zabiegów nie każdy z nas wychodzi na człowieka, wielu z pozwoleniem na głupców, dużo kaleków, i to życie nasze, tak troskliwie obmyślane, nie jest najszczęśliwszym z żywotów na ziemi. Jakże może być, żeby chłopek, całkiem na łasce Bożej, przychodzący na świat sam jeden, obwinięty brudną szmatą, nie mający czasu być dzieckiem, karmiony spleśniałym chlebem, chodzący często bez koszuli a zawsze bosaka, obywający się bez żadnego wychowania i nauki, nawet religijnej, pracując od dzieciństwa do późnej starości, a często i wcale nie głupi i od nas silniejszy — miał być tego samego pochodzenia co my? Cóż to? — chyba gratia status.

Tradycja ekonomów, sięgająca potopu — gdyż ekonomowie, jak wiadomo, zaraz po wielkim kataklizmie postanowieni zostali (jednego z nich na nasienie miał z sobą w arce Noe) — dowodzi, że to jest plemię odrębne Chama i rodzaj całkiem inny a nie ludzki. Gdyby to byli ludzie jak my, pytam się, czyżbyśmy im w takiej nędzy, utrapieniu i zaparciu żyć dozwolili i zmagali się na to aby ich w niem utrzymać na wieki?