Około wnijścia dworca, w jednéj chwili zrobiło się tłumno, bo kto żyw biegł patrzéć na orszak Petrka, a księżna się odezwała.

— Patrzno! patrz! ty tak nie możesz wystąpić jak ten włóczęga co się krwią i zdradą zbogacił! pochlebstwem ojcu waszemu w łaski wkupił!! Hultaj! umyślnie się tu tak pysznie stawi aby nas wstydził i upokarzał! Za to jedno by głowę dać powinien!

Książe spoglądał ciekawie, ale wcale po nim znać nie było, ażeby tak bardzo brał do serca wspaniałość orszaku Palatyna, widok ten bawić się go zdawał.

— Konie, psy, sokoły ma doskonałe! to prawda! zamruczał cicho. Agnieszka się uśmiechnęła, poszła krokiem powolnym do krzesła swojego, usiadła na niem, układając twarz i szaty, marszczyła brwi, gniewną była.

Księciu siedzącemu na ławie, wskazała obok siebie siedzenie. Dobek, jako marszałek, z laską pozłocistą w ręku, gościa do drzwi prowadził.

Petrek wszedł poważnie, zwolna, naprzód się panu nizko, do ziemi pokłonił, potém Agnieszce już nie tak pokornie.

Wybąkał kilka słów powitania, a gdy Władysław, nader uprzejmie począł go pozdrawiać, uśmiechając mu się, szepnął że dla ważnéj sprawy radby mieć posłuchanie.

Księżna to usłyszawszy, wskazała Dobkowi i komornikom, aby ustąpili precz, dwór téż Petrka pokłoniwszy się odszedł do pierwszéj izby. Zostali sami.

Petrek jeszcze się wahał czy miał mówić. —

— Miłościwy panie, odezwał się do Władysława, sprawy ziemi naszéj główne, przystałoby na osobności odprawiać. —