Książę zawrócił się i usiadł pomrukując. Zamilkła małżonka. Milczenie to dolegało widać księciu, gdyż po raz drugi wstał i ku drzwiom zmierzył, a choć Agnieszka zawołała nań, nie odwrócił się. Doszedłszy do nich otworzył podwoje, wychylił się na wpół, i do stojących komorników, zawołał.

— Janko? a psy moje jadły?

— Karmione.

— Dawano już ptakom?

— Tylko co żer miały.

— Nosi Rabczuk Kobuza? żeby mu spać nie dał?

— Poszedł z nim gdzie największa wrzawa, odparł zapytany. —

Książę ziewnął. — Idź mi chorego konia zobacz, co mu dzik nogę przeciął.

To powiedziawszy zamknął drzwi i na ławę padł wyciągając się i ziewając — księżna chodziła niecierpliwa, rozgorączkowana. Okna izby dawały na podwórze zamkowe, aż ku głównéj bramie. Właśnie się z niéj wychylał orszak Petrka, na którego czele jechał pułkowódzca we zbroi świecącéj, z buławą żelazną w ręku, któréj głowa ostrzami kolczystemi nasadzaną była. Na hełmie u góry spiczastym miał pęk piór, a koń pod nim szkarłatem okryty, stąpał dzielnie. Za nim po trzech jechała drużyna, wszystka we zbrojach i kolczugach z mieczami u kolan; Chorąży ze znakiem, dworzanie, za niemi sam Petrek, którego poznać było trudno, kto go tylko doma widywał.

Ten co powszednich dni chadzał w ladajakiéj siermiędze, strojny był i po książęcemu odziany. Szyszak miał na głowie złocony, płaszcz obramowany purpurą i złotem, ostrogi długie złociste, szaty spodnie przetykane nićmi złotemi, świecił cały od tego złota. Koń pod nim szedł siwy, gruby, silny, stąpając jak w tańcu, przerzucając nogami i żelazo w pysku przeżuwając niecierpliwie.