— Ciekawam z czemże to przybywa? odezwała się Agnieszka, bo że z pustym pokłonem i podarkami nie zjechał — to pewna! Wszak to przecie opiekun książąt młodych, ich prawa ręka, nieboszczyka króla powiernik, on co z biskupy ten głupi testament układał... Bo to jego sprawa! Przyszedł podpatrywać co się tu dzieje?

Dobek przypatrywał się z głową spuszczoną znów siedzącemu Panu, który milczał. Agnieszka się téż zwróciła do niego.

— Gościa takiego od wrót odegnać się nie godzi! zawołała — ale ja, panu memu z nim sam na sam rozmawiać nie dam! Petrek mądry zrobi z nim co zechce! Niech przybywa, będziemy go przyjmowali oboje! Zobaczemy co zaśpiewa!

Nogę na nogę założywszy Dobek stał czekając w progu, o ścianę się oparłszy wygodnie jakby tu nie sługą był ale panem. Z pod oka spoglądał na księcia, wyzywając go do odpowiedzi.

Książę na chwilę poruszony znów popadł był w obojętne milczenie i zadumę.

— Na odpowiedź czekają! odezwał się Dobek.

— Niech przybywa — zawołała księżna, dla czegóż odkładać a z poddanym się nosić jakby on tu jakimś panem był? Toć sługa, niech się stawi.

— Niech się stawi! zamruczał książę chłodno.

Dobek popatrzał jeszcze na pana, potém wejrzenie zamienił znaczące z Agnieszką, która pogardliwie ramionami ruszyła, i wyszedł zwolna. Zaledwie się za nim drzwi zamknęły gdy i książe wstał, chcąc odejść. Wyciągnął się, w okno spojrzał i wolnym krokiem, kołując, niby od niechcenia, zmierzał do drzwi.

— Zostaniesz ze mną, tu, sama nie chcę przyjmować Petrka, a wam go téż samemu widziéć nie dam.