Agnieszka dopomagała w tém ulubieńcowi, aby Petrka zohydzić i obwinić. —
Przez dni kilka nic słychać nie było tylko te nawoływania przeciw Petrkowi i namowy do pozbycia się go co najrychlejszego. Książe Władysław milczał ciągle. Dano mu w ostatku pokój, widząc że ani przeczy ni zezwala. Dobek sam z księżną gotował się wystąpić przeciwko młodszéj braci. Ruś i Połowce mieli już być w drodze, obiecywano ich codzień.
Upłynęło tak dni kilkanaście, jesień coraz chłodniejsza nadchodziła, liście zmrożone opadały z drzew, wiatr zawiewał z północy, książe Władysław, który łowy lubił wielce, może dla tego że wyjechawszy na nie głowę miał spokojną, wybierał się z całém myślistwem swém w lasy. Dobek zawiadomiony o tém, gdy już wszystko było pogotowiu, wpadł do księcia.
— Miłościwy panie, zawołał żywo, gdzie tu czas do łowów. Tu nie o łowach myśleć trzeba! Z domu się wam nie godzi oddalać. Każcie ludziom przygotowania te odwołać. — Nie możecie jechać! Władysław spojrzał nań namarszczywszy się.
— Wczoraj mi moi ludzie przynieśli wiadomość, dodał Dobek, że Petrek ziemian zwołuje i biskupów, że ich tu nasyła na was, aby oni się pokoju i bezpieczeństwa dla młodych książąt domagali. Ponabechtywał co najznaczniejszych żupanów, wojewodów, duchownych, nie z jednéj ale z wszystkich dzielnic. — Tylko co ich nie widać. — Wasza Miłość musisz sam tu być gdy przybędą, przyjąć ich i dać surową odprawę, jak należy.
Tych wyrazów domawiał Marszałek, gdy weszła księżna prowadząc dwu synaczków swych, a najmłodszego niosąc na rękach. Dzieci swe książę miłował bardzo, na widok ich rozjaśniło mu się lice. Ale nie dla zabawienia go niemi prowadziła je tu księżna, chciała z pomocą ich, widokiem potomstwa męża do śmielszego wystąpienia pobudzić.
— Dobek mówił co się gotuje na nas! krzyknęła głośno — kraj cały przeciwko nam podnoszą. Im bez silnéj ręki pańskiéj, z temi dzieciuchami lepiéj, robią, co chcą! Ale ta samowola ustać powinna. Patrz na dzieci twe! o los ich idzie! — wyżeną nas z niemi, one kawałka ziemi mieć nie będą! Stańże jako mąż, jak król! stań przy swém prawie!
Gdy to mówiła książe się z synkami bawił, głaszcząc ich po główkach. Starszy go za mieczyk chwytał, młodszy za suknię ciągnął, ten który u księżnéj na rękach był dłonie ku niemu rozpościerał śmiejąc się. —
Władysław uradowany niemi zdało się że niesłyszał nawet co doń mówiono. Agnieszka oburzona ramionami ruszała.
— Słuchajże przecie! słuchaj! wołała coraz głośniéj, przyprowadziłam ci dzieci nie żebyś je bawił, ale byś miał litość nad niemi. —