Księżna zapatrzona w okno milczała.

— Dopóki Petrek chodzi po świecie, póty książę zawsze niepewien panowania, a i potomstwo jego jak szczenięta wytopić trzeba. —

— Krom córeczki, któréj się Dobkowi zachciało! kwaśno wtrąciła Agnieszka.

— Ja i téj córki nie bardzo żądam — rzekł Dobek. — Co mi tam! Nie dla siebie ja o nich myślę, ale dla was! dla was.

Taką rozmową bawił Dobek niemal co dnia panią swoją, ona go z tém do księcia odsyłała, książe słuchał cierpliwie, ale nie odpowiadał nic. Dobek nasyłał drugich, gotował, przysposabiał, lecz szło mu dotąd oporem. —

Książę pilniéj niż zemsty śledził nadchodzącéj ponowy. Ani mu Połowcy, ani posły od Cesarza tak nie byli pożądanemi jak śnieg. Nareście jednéj nocy doczekano się pożądanego mrozu, a w parę dni śnieżnicy wielkiéj, która ziemię na stopę pokryła białym całunem. Zdawna, wprzódy nim tu spadła ponowa, przybywający od Szlązka i Pomorza donosili, że tam już nastała zima i sanna.

Holsza przybiegł z dobrą nowiną. Jednéj godziny wszystko było na nogach, książe zapomniał nawet oznajmić się żonie, chodził po izbach i gnał łowców swoich.

— W las! w las!

Biegała czeladź, rozrywali się wszyscy, księciu jeszcze zdawało się że za powoli chodzili. Gniewał się i chmurzył, burcząc nawet i wydając groźne rozkazy. W tém jedném miał stanowczą wolę swoją, tu mu się sprzeciwiać nikt nie ważył.

Przybory te zobaczywszy posłała pytać Agnieszka.