— Na jak długo i dokąd się książe wybiera?

Władysław aż się rozsierdził.

— Nie wiem! krzyknął — kto na łowy jedzie, nie może powiedzieć kiedy powróci! a głupi kto powiada dokąd! Gdzie oczy poniosą, kędy tropy poprowadzą!

Konie stały w podwórzach z jukami, z żywnością, psy skowyczały na sznurach, zwijał się Holsza. Na niebie jeszcze wisiał śnieg, ale powietrze było łagodne.

— W las! w las! rozlegało się po podworcach.

Księżna po wtóry raz posłała pytać, kiedy powróci — ale Władysław tak był już rozgniewany, że nie szanując posła małżonki, odpędził go fukaniem i groźbą. Sam jednak poszedł do Agnieszki, już w kożuchu i kołpaku.

Otworzył jeszcze drzwi mężnie, a na progu cała odwaga go odpadła.

— Przychodzę żegnać — rzekł łagodnie — bo oto bardzo pilna sprawa, ponowa! trzeba koniecznie w las, choćby życie dać!

— A kiedyż wracasz! spytała żona.

— Któż to może wiedzieć! Bóg jeden wié! ruszył ramionami książę. — Jeszczem nie jechał a już mam powracać? Możeż to być? — Wy macie krośna i igły a ja łowy moje. Sprawiedliwa rzecz. Ja bez nich nie mogę żyć — to mój czas, to żniwo moje.