Wreście i koń pod księciem, na lodowisku ślizkiém upadł, porwał się wnet, padł raz drugi, i już powstać nie mógł zdyszany. Petrek ze swojego zeskoczywszy, nadbiegł i Władysława z siedzenia pochwycił. —
Obejrzeli się dopiero że sami jedni byli, a noc nadchodziła.
Gniewny pan trąbkę zawieszoną na sznurze wziął do ust i począł nią gwałtownie przywoływać ludzi. Głos trąbki głucho się jakoś rozchodził i jakby w śniegach utopiony brzmiał słabo. Rogu grania las nie chciał powtarzać — nikt téż nie odpowiadał na nie.
— Miłościwy panie, odezwał się Petrek — konie zdajcie na mnie, mam przy sobie toporek zawsze, ognia jest czém naniecić, tu pod dąb na wzgórze pójdziemy, aliści doczekamy się ludzi. Od czasu do czasu nawoływać będę.
Książę zbity był bardzo i zmęczony, nie rzekł już nic, na wszystko się godził.
Petrek wszędzie i zawsze umiał sobie dawać rady; na jedną rękę cugle koni zarzucił, drugą księciu podał, aby się sparł na niéj, i wywiódł go ze ślizgawicy pod dąb na wzgórze. —
Tu wnet ze swego konia kobierczyk jeden zdjął i na ziemi go rozesłał, konie powiązał i ustawił, sam, za toporek od pasa wziąwszy, począł gałęzie suche obcinać, chrust zbierać, suche liście odgrzebywać z pod śniegu.
— Miłościwy panie, mówił do nachmurzonego księcia wesoło, dobrze człeku i biedy czasem zaznać, bo potém wie jak sobie w biedzie rady dać. Oto ja co ubogim byłem, dziś się bez sługi obchodzę, bo sam sobie posłużyć umiem. —
Książę leżał na kobiercu i patrzał tylko, a już mu był ów gniew na jelenia i psy przeszedł — i poczynał się uśmiechać. W puszczy mu tak samemu z Petrkiem, pod gołém niebem, na ziemi jeszcze ochotniéj było niż na zamku z mnogą czeladzią.
Mrok zimowy spadał jak gęsta zasłona na lasy, niebo coraz ciemniało, drzewa zdawały bielsze coraz. Petrek już był i ognia dobył, huby i siarczystéj onuczki, już przysiadłszy na ziemi zgarnął liść, drobne gałązki, susz i płomyk rozdmuchał. Dobywał się jasny ogienek wesoło, jakby go kto z więzienia na świat uwolnił, skakał żółtemi języczkami do góry, zwijał się kapryśnie na prawo i lewo, a pod nim dymek płynął wstęgami sinemi i buremi, aż się robiło raźno w duszy. — Wpośród szarych już mroków poczęły się białe gałązki złocić, sosny rumienić. — Ciepło od ogniska rozchodziło się do koła...