Na tém nie dosyć, Petrek z toporkiem poszedł po gałęzie jodłowe, obciął ich kilka, zwlókł na kupę, parę kołków okrzesanych ze ściętych sosenek wbił w ziemię, na nich jak oponę jedlinę porozwieszał i szałas zbudował u którego wnijścia ogień się coraz lepszy palił. Wprzódy nawet i z wiatrem porachował się tak, ażeby gryzący dym precz na łąkę odganiał.
— Miłościwy panie, rzekł, teraz kobierczyk pod szałas zaciągnę, legnijcie sobie wygodnie a spoczywajcie.
— Dobry z was towarzysz — odrzekł książę — na Boga, doskonały! Jeżeli nasza dwornia nie przybędzie, bodajby się i wasza torba jeszcze nie zdała...
— Byle się w niéj co znalazło! zawołał Petrek wesoło — bo pospiesznośmy wyjeżdżali, nie wiem czy do niéj co włożyć pamiętali. — Zawsze jednak coś się tam znajdzie — dodał z uśmiechem — bo próżna ona nigdy nie jest.
— Rogi się coś na wołanie nasze nie odzywają, bodaj tak nocy nie przyszło przepędzić. — Dla mnie to niczém, miłościwy panie, bom ja nawykł i na śniegu leżeć i na deszczu spać i na zimnie a skwarze czy odpoczywać czy pracować; ale — Wam!!
— A jam téż, choć królewski syn, przecie myśliwy — odezwał się książę, bywałem i ja w różnych sprawach, a nie smakowało mi nigdy nic jako chłopski chléb o głodzie i polewka z mąki w chacie na łowach. W lesie człek dobréj myśli zniesie wszystko, więcéj niżeli doma na wezgłowiach.
Zwlókł się mówiąc to książę z kobierca pod szałas, Petrek ognia podsycił, buchnął płomień do góry, książę się na nowo ułożył wygodnie i na łokciu oparłszy, począł.
— Petrek! na łowach wy mi druhem jesteście? hę? a czemuście to mi gdzieindziéj wrogiem?
— Ja? ja? odparł Petrek — ale ja nigdy i nigdzie wrogiem miłości waszéj nie byłem i nie jestem!
— A przecz że ty mi stajesz na drodze?