— Książę miłościwy, idźcie wy z wolą ojca i sprawiedliwością, a Boże błogosławieństwo będziecie mieć.
Książę przerwał rozmowę. Noc już była czarna.
— Petrek, jam bo głodny! zawołał, do torby swéj idź, patrz coś tam w niéj niósł.
Dopiero sobie Palatyn torebkę na ziemi porzuconą przypomniał i począł z niej coś dobywać. — Był w niéj placek, chleb i trochę soli w węzełku; naostatek kawał mięsa wieprzowego! Petrek wytrząsł torbę do dna, nie było w niéj więcéj nic. — Rozśmiał się.
— Torbęm wziął, rzekł, ale mi ode dnia wczorajszego nic w nią nie włożyli. Wczorajem sobie na łowach kawał dzika odkroił i ten tylko pozostał. Chyba to mięso na drewienku upiekę i tém waszą miłość posilę. Gorsza to jeszcze że mi do torby beczułeczki nie dano, i pragnienia nie będzie czém ugasić chyba śniegiem.
— Tegom już ja próbował — rzekł książę, i nie wzdragam się. — Dawaj co masz. — Dziczyzna przypieczona dobrą będzie na głodny ząb.
Tymczasem chleb jął łamać książę i jadł ze smakiem wielkim, a Petrek u ognia siadłszy, rożenek wystrugał, widełki w ziemię wbił, dziczyznę przypiekać i solić począł, i tak księciu z rożenka ją podawał, który na suchych liściach ją kładł, palcami rozdzielał sobie, jadł chciwie i chwalił bardzo.
— Zaprawdę dziczyzna ta twoja doskonała jest — mówić począł, a z ciebie do wszystkiego człek, choćby i do przyprawy jadła — zdałeś się wszędzie.
Poczęli tedy oba kulki ze śniegu lepić, w usta je kłaść miasto napoju, i tak gasić pragnienie.
Petrek mało co sam jedząc, księcia karmił tylko, potém zrzynki mięsa przyskwarzywszy, cośkolwiek téż przegryzł, bo wiele nigdy nie potrzebował. Byle duszę w ciele utrzymać.