Władysław nic nie odpowiadał w początku, lecz zakłopotany był i mięszał się, a księżna nastawała.

— Mówże? z kimeś przestawał? kto ci to splótł, bezkarnie mu to nie ujdzie! Żywą nie będę, póki nie pomszczę się na zuchwalcu. — Gardło da! gardło musi dać!

Ale napróżno siliła się, następowała nań, targała Agnieszka, niewymogła na nim nic — kazał jéj iść precz.

Wnet ludzi, którzy księciu towarzyszyli na łowach wzięto na spytki, kędy bywał, z kim się spotykał. Czeladź pomniejsza nie kryła się z tém że stawali we Wrocławiu, kędy ich pojono i przyjmowano, że książę Petrka zabrał z sobą, i że razem potém w szałasie noc spędzili.

Więcéj Agnieszce nie było potrzeba. Wpadła do męża natychmiast pomsty na Petrka wołając, pewna iż on, nie kto inny, księciu musiał Dobka i ją dać w podejrzenie. Władysław nie przyznał się zrazu.

— Nie potrzeba na to Petrka było — rzekł, wszyscy po całéj ziemi Dobka palcami wytykają, żeś go sobie wybrała i znasz się z nim...

Usłyszawszy to księżna padła na ziemię z płaczem, rzucając się, klnąc, narzekając na co jéj przyszło, gdy ludzie śmieją sromocić ją i bezcześcić. —

— Nie może to tak być — wołała krzycząc i rozbijając się — albo ja ztąd z dziećmi precz idę do Cesarza brata mego, z żałobą i prośbą, aby ten kraj cały zwojował i zniszczył, mszcząc się krzywdy mojéj, lub ten co mnie śmiał oplwać gardło musi dać. I nim gardło da zbrodzień, oczy mu wyłupić, nim gardło da język mu podły wyrzezać każę, i psom rzucić — psom!

Na krzyk przenikający księżnéj, który się po całym zamku rozchodził, nadbiegły niewiasty i na rękach, miotającą się wyniosły do izb jéj, gdzie chora na łożu legła.

Za nią zaraz wpadł Dobek, z szałem, z zaklęciami, do nóg padając księciu, na potwarcę domagając się sprawiedliwości, wyzywając go na Sąd Boży.