Wśród tych wrzasków książę dzień cały przetrwawszy, przemęczywszy się, już innym stał się. Agnieszka leżała na łóżku, które dzieci płacząc otaczały, na widok ich serce ojcowskie zmiękło, sam siebie naprzód, potém Petrka (bodaj przepadł) obwiniać zaczął.
Dowodu przeciw Palatynowi więcéj nie było potrzeba.
Dobek się zaklinał że jeden z nich dwu paść musi, że niema innego środka tylko buntownika i potwarcę śmiercią karać. A stawał tak śmiało i zuchwale że w końcu książę zamilkł i zdawał się na wszystko przyzwalać. Nie mówił jeszcze nic, żonę jednak pocieszać i łagodzić zaczął. — Ta zemstą najzajadlejszą, wraz z Dobkiem dyszała.
Gdy znużony Władysław do komnat swych odchodził, pędzono za nim spokoju mu nie dając, ścigał go Dobek, o czém inném nie mówiąc tylko o zemście, tylko o powołaniu do sądu...
Wśród tego zamięszania na dworze dano znać że posiłki z Rusi przyrzeczone już w drodze są i Bojarowie przybyli przodem oznajmując o nich. Jechała ich gromada cała w kożuchach długich, w kołpakach wysokich, z toporkami u pasa, a z niemi kilku starszyzny Połowców dzikiéj, z którą nikt się ani rozmówić ani obejść nie umiał. Ci sobie obóz pod namiotami w podwórcach rozbili, i swym obyczajem w kotłach krupy, mąkę i mięso końskie warzyli. Byli to ludzie nędznie odziani, choć na brudne łachmany chałaty paradne powdziewali, na koniach małych z szerścią najeżoną, z łubianemi kołczanami, z łukami z prostych obręczy, z nabijanemi pałkami. — Kędy oni za bojarami ruskiemi ciągnąc szli, zewsząd kmiecie i ziemianie biegli ze skargami, bo po drodze dzicz ta nic nie szanując plądrowała, zabijała, młodzież obu płci porywała i dokazywała co chciała, świętokractw po kościołach się dopuszczając i straszliwych swawoli. — Trwoga okrutna poprzedzała już te posiłki, które od północy lały się potokiem krwi i płomieni. — Cóż miały ziemie te cierpieć gdy całe zastępy Połowców, nadciągną? Ludzie zawczasu zbiegali w lasy i chronili się do grodków i okopów.
Ze skargami do księcia niedopuszczono ludzi, precz ich z zamku pędząc, a tymczasem posły przyjmowano. Agnieszka wyszła przeciw nim strojna, koronę sobie na głowę włożywszy, obdarzając starszyznę ze skarbca, woły i barany rozkazując dla niéj piec, kadzie stawić i owsy kupami sypać. Sama z okna na biesiady ich patrzając w ręce klaskała i radowała się bardzo.
Starzy ludzie ze dworu, patrząc na to, chodzili wielce posępni — książę téż zrazu zmięszał się, wahał, wyjść odmawiał, lecz wprędce, widząc że kości rzucone są, nabrał otuchy i męztwa...
Wysłano zaraz urzędników ze dworu i wojska co było, aby zamki osadzać na pana Władysława, i posłuszeństwo mu zapowiadać pod karą śmierci.
Z żoną, niewiadomo jakim sposobem książę się przejednał. Dobek znów pewien siebie, u drzwi stał, służył, biegał, rozkazywał. Z zamku i na zamek dzień i noc szli nieustannie posłańcy, — z duchownych, żupanów, ziemian nie pokazywał się już nikt. Niemcy, Ruś, najemny żołnierz sami byli.
Pomiędzy biskupim dworem a zamkiem jakby przepaść stała, jedno o drugiem zdało się nie chcieć wiedzieć. Biskup Rupert od siebie słał po dyecezyi rozkazy, książę na swą rękę. Co żyło z osad nad drogami i gościńcami, z trzodami, dobytkiem, wozami, uchodziło w lasy. Sioła stały pustkami.