Księżna Agnieszka zawczasu tryumfowała, bo jéj się zdało że samą trwogą kraj zmuszą do poddania się, książąt młodych do ucieczki.
— Muszą się poddać i upokorzyć, wołała — bo im ziemię na kopytach rozniosą i mieczem a ogniem na wskróś spustoszą.
Wpośród tych przygotowań, dnia jednego rano, Dobek, który już całe swe zuchwalstwo odzyskał, przyszedł do księcia we zbroi, przy mieczu, jakby się w drogę wybierał. Pokłonił się do kolan, na twarzy mu jaśniała radość i niecierpliwość, źrenice pałały.
— Miłościwy książę, jadę z rozkazaniem waszém! zawołał — klnę się że nie powrócę aż je spełnię jako należy.
Książę Władysław popatrzał strwożony, i rękę podnosząc do góry, rzekł.
— Ale gardła mu nie brać! gardła nie brać! Mówiłem.
— Najbezpieczniejszy niedźwiedź gdy zabity! mruknął Dobek.
— Nie chcę by zabit był — nie chcę! przerwał książę stanowczo. Stanie się li przeciw rozkazaniu mojemu, pomszczę nieposłuszeństwo! Na święte relikwie zaprzysięgam! Gardła mu brać nie dozwolę. Nie. —
Dobek zamilkł.
— Masz czego chciałeś, dodał książę jąkając się — niech oczyma przypłaci — więcéj nie trzeba. Daruję ci po nim skarbiec i mienie. Idź i spraw się jako wiesz. Pomsty téj dosyć dla mnie i dla ciebie. — Życia mu nie chcę wziąć, aby pokutował. — Po kilka razy Władysław powtórzył niespokojnie. — Życia nie brać — bom to poprzysiągł.