Weź życie! ja za tobą obstanę! Niech gardło da! Rodowi nie darować, wytłuc i wydusić te szczenięta, dwór spalić, zniszczyć... Sługom nie przebaczyć! Nikomu! nikomu!

Księżna coraz mocniéj rozgorzała, mówiła Dobka za suknię targając.

— Niepowinien żyć, kto się przeciw mnie ważył!.. Kołem szarpać, na pal wbić, końmi rozerwać nikczemnika!.. Męczyć go, i niech wie z czyjéj ręki zemsta przychodzi... A puścisz go i nie ujmiesz — nie pokazuj mi się na oczy...

To mówiąc wybiegła Agnieszka. Dobek, jako dobry chrześcianin, na koń siadając się przeżegnał, bo czuł że brzemię niemałe na ramiona wziął i na jakie niebezpieczeństwo się narażał. —

Pociągnęli do Wrocławia. —

Tom II

I

Tłum się cisnął do drzwi pół otwartych wielkiéj izby na płockim zamku, téj saméj w któréj niegdy spoczywały zwłoki Władysława Hermana, nim je do grobu zaniesiono, i gdzie potém Biskupi sprawę Bolesława Krzywousta ze Zbigniewem bratem sądzili, i gdzie wreście rycerskie zwłoki mężnego Bolka leżały otoczone dziećmi płaczącemi, czekając by je przy ojcu pogrzebiono.

Nie pierwszy raz izba owa służyła dla gromady zwołanéj do obradowania nad losami téj ziemi. —

Cisnęli się tu ludzie znowu, bo było na co patrzéć i nad czém zapłakać — obrazu takiego jaki się tu przedstawiał niewidział nikt z dawna, i nie miał rychło oglądać. —