Ci tak się zagwarzyli z sobą, że ani zważali czy ich kto słucha, bo i nie obawiali się snać, aby ich prości ludzie rozumieć mogli.
Stary rycerz, gdy miód podano, mnicha z kubkiem do stoła wiódł, tu mu miejsce pierwsze zrobił, sam téż na ławie przy nim zasiadł i dopiero teraz, wzrokiem powiódłszy dokoła, szukając znać gospodarza, trafił na młodego podróżnego, który stał, jako sobie pan, nic nie okazując ani trwogi ni poszanowania.
Popatrzył nań stary i ostro go zagadnął.
— A ty coś zacz?
— Podróżny — rzekł młody dumnie.
— Któżci to?
— Wolny człek jako i wy, i tego samego pono rzemiosła — odezwał się zapytany.
— Cóż, rycerz? czyj? pytał stary.
— A swój, dzięki Bogu! rzekł dumnie młody z pół uśmiechem.
— Przecież komuś służycie — mówił stary marszcząc się.