— Tak jako i wy? A wy, komu? odparł młody.
— Ja książęciu Władysławowi panu naszemu.
— No — i ja téż innego pana nie znam.
— A toć mi pyszny pan! śmiał się stary.
— Czemubym nie miał być! mruknął ów.
W czasie, gdy się tak jakoś ostro zagajała rozmowa głosami poruszonemi, mnich na młodego poglądał zuchwale, mierząc go oczyma groźnemi, wzrokiem niby staremu wtórując, gdy nie mógł mową. Młody i tych oczów wcale się nie zdawał obawiać.
— Nie dogadać bo się z wami! zawołał stary kubka się imając.
— Toć was téż gadać ze mną nikt nie siłuje — odrzekł po izbie się przechadzając swobodnie młodszy. Gdy się tak poruszać zaczął, psy jego, które w kącie były legły, podniosły się ku panu idąc. Ten je głaskał a pochylał się do nich. — Rycerz wlepił w nie ciekawe oczy, widać że go zdziwiły i ze psów téż o ich panu począł inaczéj sądzić. Więc mruknął.
— Nie lada sobaki, bodaj kędyś z dalekiego kraju — nie nasze. — Młody pytania jakby nie słuchał. Wtedy mnich domyśliwszy się, że się oni z sobą nie porozumieją, odezwał się swą mową do starego rycerza.
— Zapytajcie no gospodarza, ten wam powie kto u niego gości, znać go musi.