— Kaim, bratobójca, świętokradzca! Godzien kary parycydów!
— Nie tyle on — przerwał z goryczą wielką Biskup Krakowski — jako niewiasta jego szalona i mściwa, ona wszystkiego początkiem jest i sprawcą!
Tak jest, ona — potwierdził ks. Janik — albowiem nie ma stworzenia zjadliwszego gdy złém jest nad niewiastę, którą szatan włada. Tak jak są święte, czego przykładem była królowa Salomea, są przeklęte jak oto ta!
Wśród szmeru i krzyżujących się głosów, Bolesław, który na zamku był panem, gdyż Płock dostał mu się w udziale, zabrał głos cichy.
— Pojedyńczo mu się żaden z nas oprzeć nie może, bo zgniecie jednego po drugim, musiemy stać razem wszyscy. Przeto i was, miłościwi panowie, prosimy, przez pamięć dla rodzica naszego, skupcie się wedle sierot jego a nieopuszczajcie ich.. Razem stać musiemy, lub razem ocaleć albo choć ginąć razem.
— Razem! — potwierdził Wszebór. — Gdyby dziczy téj naciągnęło nie wiem wiele, zawsze nas, gdy się zbierzemy więcéj stanie, osaczyć ich możem, wybić i nogi nie wypuścić. Dali Bóg Czechów i Węgrów, prędzéj jeszcze z niemi skończemy.
Arcybiskup słuchał z uwagą.
— Zmoże ich prawica wszechmocnego, — zawołał rękę podnosząc. — Klątwę tylko rzucić potrzeba na onę Jezabel, na wspólnika jéj i na wszystkich co z nią trzymać będą. Przyjdzie li chwila — nie zawaham się, pójdę sam, stanę i w oczy cisnę im Anathema!
Po téj groźbie strasznéj, wyrzeczonéj przez Arcybiskupa, zapanowało milczenie, znano bowiem srogość okrutną téj kary kościelnéj, i trwoga przejęła na samą o niéj wzmiankę. Śmierć niczém była nad to potępienie za żywota i na wieczność całą. —
Młody Mieczysław, którego twarz już znamionowała silną wolę, i charakter energiczny, mimo wielkiéj młodości, podniósł głos po starszym bracie Bolku. —