— Na zamku moim w Poznaniu — rzekł — poczyniłem zawczasu przygotowania do obrony. Jeżeli się inne grody nie utrzymają, pójdziemy się tam wszyscy zamknąć i będziemy trzymać, dopóki zostanie kawał chleba suchego i kropla wody; byleście wy Ojcze nasz a Pasterzu, (zwrócił się do Arcybiskupa) nie opuścili nas i nie wyrzekli się, wy ratujcie, bo macie z sobą siłę Bożą, Jezusa Chrystusa pana naszego i świętych pańskich i grobu męczennika Wojciecha. —
Dziczy łupu chciwéj napłynie bez miary, napłynie, nam się jéj pono oprzéć w polu nie będzie można. — Zaleje nas. Lud wystraszony po lasach się rozbiega. — Cała nadzieja na grodach, a najsilniejszy gród łaska pana naszego Jezusa Chrystusa, którą wy dzierżycie, ojcze miły. —
Wszyscy królewicze i dwie księżne zwróciły wejrzenia ku zadumanemu Arcybiskupowi, który patrzeć się zdawał w dal, ale prośby słuchał i myślał o niéj.
— Choćby mi życie na męczeństwo dać przyszło — odezwał się — nie bójcie się, dzieci moje nie opuścimy was, ani ja, ani moi bracia w Chrystusie...
I zwrócił się na biskupów wskazując którzy wszyscy głowy skłonili i ręce podnieśli na znak zgody.
— A no patrzcie i rozważajcie, — dodał Arcypasterz, dłonie podnosząc do góry, — jak ta wiara Chrystusowa i ten kościół jego silny jest i pomocny, jaka to opoka twarda. A coby się dziś stało z krajem tym gdybyśmy my nie mieli na odsiecz jemu, siły co kruszy tysiące, co druzgocze oręże, co pada i gruchocze i w proch jak piorun obraca?
Ani tysiące ludu nie stały by wam za nią, bo lud ginie od strzały, od głodu, od powietrza, a krzyż pański i słowo pańskie nie przemijają i nie giną.
— Amen! amen! odzywali się biskupi. —
— Idźcież w pokoju, dzieci moje — dodał Arcybiskup do książąt, — a tak jak się dziś trzymacie za ręce, tak się zawsze dzierżcie miłością braterską, w miłości pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.
— Amen! — powtórzyli wszyscy pochylając głowy.