— Nie bez przyczyny! — powtarzali za nim inni.
Niektórzy upamiętywali znowu, aby zawczasu trwogi nie siać i domysłom dać pokój, pókiby się nie dowiedziano czegoś więcéj.
Narady a raczéj rozmowy różne trwały do wieczora, a oprócz potrzeby łączenia się, nie uchwalono nic.
Nazajutrz biskupi po dyecezyach rozjechać się mieli, Palatynowie i Żupani po grodach. Niektórzy już o ciągnących połowcach otrzymawszy wieści, jakiemi szlakami szli, musieli dla uniknienia ich w lasach szukać schronienia. Wszystkie siły książąt z Sandomierza, Mazowsza, Poznania i zkądkolwiek się one ciągnąć dały, rozkazano do jednego miejsca nad Pilicę gromadzić, pod Wszebora dowództwo.
Pułki z obozowisk swych ruszyły pospiesznie i różnemi drogi ciągnęły.
Jeszcze się wszyscy nie rozjechali panowie, gdy nieznany człek nadbiegł do Płocka z wieścią zatrważającą. Powiadano, że zrana od Wrocławia miał przybiedz, że czeladź go około namiotów widziała i rozmawiała z nim, ale wkrótce późniéj niewiedzieć gdzie się podział i napróżno go w obozie i mieście szukano.
Człek ten wielce wystraszony, jakby przy zmysłach nie był, plótł straszne rzeczy o napaści na dworzec pana Petrka, o zajściu jakiemś krwawem, mordach i zdradzie. Mówił, jęczał, nagle przestawał i wypierał się aby wiedział cokolwiek, lecz ze słów jego domyślać się było można, iż mu trwoga zmysły pomięszała. Rozszerzyła się ztąd wieść o wypadku jakimś w Wrocławiu, która, gdy doszła ks. Janika, ten natychmiast koniom i ludziom kazał się do drogi gotować, aby do Wrocławia pospieszać. Starano się biskupa uspokoić tém, że plotka z niczego urosnąć mogła, a po drodze, jak zwykle, nabrzmiała. Godziło się to jednak nadto z przeczuciami jego, aby je lekceważył. Powtarzał ciągle składając ręce.
— Panie odwróć od nas mściwą prawicę twoją!
Nie mniejszą trwogę i niepokój wywołała wieść ta na zamku, w rodzinie królewiczów, bo młodzi książęta w Petrku nawykli byli widzieć opiekuna swojego, szanowali go jako ojca, a na pomocy jego całą kładli nadzieję.
Człowiek ten dla innych często szorstki i twardy, dla młodych panów powolnym był, wylanym, czułym po macierzyńsku. Przez wielką miłość dla nieboszczyka króla, kochał tak dzieci jego, iż własna krew mu nad nie droższą nie była. Na posłuch więc o tém jakiemś nieszczęściu, które się stać miało, chciał Bolko mazowiecki natychmiast słać umyślnie swych ludzi, młodsi Henryk i Kazimierz ręce łamiąc krzyczeli po zamku, aby Petrka ratować.