Kochali go tu wszyscy niemal tak mocno, jak Agnieszka nienawidziła.
Do odjeżdżającego już arcybiskupa, siedzącego na wozie, książęta podbiegli prosić jeszcze, aby Petrka osłaniał i bronił. Jakub ze Znina uspokoić się ich starał tém, że trwoga była próżną, bo nic pewnego nie wiedziano, a na możnego i silnego Petrka nikt się tak łatwo porwaćby nie śmiał. Arcybiskup rzekł do Bolka z wozu nie zsiadając.
— Mężni bądźcie dzieci moje, Bóg z wami, Bóg z nami, gdyby istotnie złość szatańska na chwilę górę wzięła, pokona ją krzyż święty.
I zdaleka błogosławiąc ruszył starzec z twarzą spokojną, jaką daje czucie swéj siły.
Dnia tego wszyscy się z Płocka porozjeżdżali, ale nie na spoczynek; łudzić się nikt nie mógł, że książę ulegnie i napaści na braci zaniecha. Wojna już była prawie rozpoczęta, którą duchowieństwo całe kaimową zwało.
Książe Henryk, który lat dwudziestu nie miał jeszcze, nie czuł się na siłach sam Sandomierza bronić, Palatyn Wszebór, który go zastępował, nawale gwałtownéj jaka Sandomierzowi i Lubelskiemu groziła, sam téż oprzeć się nie spodziewał. Dzielnica Henrykowa musiała tymczasowo paść ofiarą, nimby się do walki zebrano.
Książęta wszyscy pozostawszy w Płocku razem, siedzieli tu strwożeni, gromadką się trzymając i przyrzekając sobie, że się nie rozerwą do końca. Zwenisława Bolkowa chciała słać do Kijowa, aby u swoich prosić o cofnięcie ruskich posiłków i Połowców, ale zapóźno już było. Gerta Mieszkowa tak samo na Węgry słać koniecznie namawiała, żeby Madziarowie ich ratowali.
Lecz dziś już i posłom się przedrzeć przez zawichrzone ziemie trudno było.
Henryk Sandomierski, młode chłopię, niedawno jeszcze oderwane od macierzyńskiego łona, pobożnością matki Salomei przejęte, ufało w niebios opiekę i relikwie świętych.
Tych droższych nad wszystkie ówczesne skarby świata, ubłogosławionych szczątków, nieboszczka królowa Salomea, chociaż rozdarowywała wiele, zachowała w skarbcu liczbę znaczną i dzieciom je rozdzieliła jako tarcz i obronę od wszelkiego niebezpieczeństwa.