Petrek téż umiał gdy chciał i twarz ułożyć i mowę. Tak ci dawniéj, gdy Wołodara miał brać, ucztował z nim wesoło, niedając po sobie poznać co w sercu trzymał.

Kolnęła go ta myśl, ażali i Dobek z nim tak nie postąpi, ale ją precz odpędził, niemca mając za zbyt głupiego, aby się na taką chytrość ważył. Przytém gdy mu w twarz uśmiechającą się spojrzał, ani troski na niéj, ani zakłopotania nie wyczytawszy, powiedział sobie w duchu:

— Utaił by się przed innemi, nie przedemną! Niema w nim nic! Dobek wyśmienicie udawał człowieka dworskiego, który o swém życiu myślał tylko i niém się rozkoszował.

Trochę dziwnem było Palatynowi, że mu owych żołędzi na sośnie zapomniał, lecz zdało się że i znaku po nich nie pozostało.

— Miał rozum że tego do serca nie wziął — pomyślał Petrek — bo juścić córka moja nie dla takiego bezdomnego wyrostka z niczego.

— Zwiastowano mi — odezwał się głośno — że od księcia pana miłościwego niesiecie cóś ważnego i tajnego. Macie rozkazanie jakie?

— Hę!! — rozśmiał się Dobek — jak się wam zda?? Możem ja was tak umyślnie zwiódł, aby mi prędzéj wrota otwarto, bym na téj srogiéj zamieci nie stał! — Cóż? uwierzyliście??

— A czemuż bym słowu waszemu wierzyć nie miał? — odparł Petrek. — Wszakże jestem sługą księcia, i na jego rozkazy gotów zawsze.

— A ja rozkazów dla was tymczasem nie mam żadnych — rzekł żartobliwie Dobek — i jak tu co od was żądać, kiedy wy jawnie sprzyjacie tym co księciu się opierają!

Petrek ramionami poruszył.