Wczorajsze wejrzenie bystre i przenikające Starosty Rogiera pokoju nie dawało Dobkowi. — Mówił sobie ciągle: — Jeśli kto, ten niebezpieczny jest, tego potrzeba naprzód pochwycić, aby jako wściekły zwierz pana i przyjaciela nie bronił a na gwałt nie uderzył.

Choć tak było jeszcze wcześnie, postrzegł Dobek że się już w dworku Starosty świeciło. Roger nie spał całą noc, taki go niepokój ogarnął, sam nie wiedział czemu. Żegnał się, modlił, niepomagało nic, przybycie Dobka, jak przepowiednia nieszczęścia jakiegoś z myśli mu wyjść nie mogło. Każdy szelest go przerażał, czuł że coś groźnego wisiało nad niemi.

W tém do drzwi jego zakołatano.

— Kto tam? — zawołał Rogier.

— To ja — to ja, zmiłujcie się, otwórzcie co rychléj, pilno mi bardzo, odjeżdżać już muszę. Petrek spi, zdam więc na was, com mu miał powiedzieć.

Rogier zaledwie poznawszy głos Dobka, drzwi uchylił, światło trzymając w jednéj ręce, gdy z obu stron nastawieni oprawcy i pachołkowie wdarli się do sieni i rzucili na niego. Starosta porwał się do obrony, ale miecza ani broni żadnéj pod ręką nie miał. Dobek dobywszy z pochew nóż zapaszny do gardła mu z nim przyskoczył.

— Zdaj się natychmiast, niechceszli bym cię tu ubił! Petrek już w moich rękach, żaden zdrajca nie ujdzie!!

Oprawcy wnet mu ręce w tył wyłamali i wiązać je poczęli sznurami, a jeden krzyczącemu na gwałt, knebel w gębę wbił i zawiązał ją. —

Nie miał prawie czasu głosu wydać gdy się tu już wszystko skończyło. — Wnet zgaszono światło, a związanego więźnia położono u drzwi straż dodawszy.

Dobek już spieszył pod dworzec wielki. Tu dopiero najważniejsza miała się odbyć sprawa.