Petrek nie spał. Rogiera przestroga, rozmowy wczorajsze, nazbyt serdeczne obejście się Dobka nie mogło mu wyjść z mysli. Rozważał, dobadywał się, czy w tém w istocie zdrady nie było. Zdało mu się w tém że szmér jakiś niezwykły słyszy w dziedzińcach — po chwili jednak ucichło zupełnie. Sądził że ludzie wstawać muszą do roboty i nad ranem czeladź się rusza w domu jak zwykle; przeżegnał się i począł modlić. —
W tém z cicha pukanie usłyszał do drzwi sypialni.
— Kto tam! — odezwał się podnosząc na łożu.
— Wstawaj panie Pietrze, — odparł Dobek głosem spokojnym — ja to jestem. Pragnę pomówić z tobą z polecenia księcia. — A no, żwawo, tajemnicę ci bardzo ważną przynoszę — czasu nie mam! Wstawaj!
Petrek z łoża się ruszył trochę zaniepokojony, poznał głos gościa swego, ale godzina, pośpiech, naglenie zdało mu się dziwném. — Podejrzenia Rogiera znowu po głowie kołować zaczynały. — A nuż zdradę jaką uknuto!
Wstać czy nie? otwierać? Milczéć czy odezwać się? Sam nie wiedział. Niepewność ta trwała bardzo krótko, zawstydził się sam przed sobą że miał tak mało odwagi. Tym czasem Dobek coraz niecierpliwiéj dobijał się do drzwi.
— No, cóż tam się z wami dzieje? Co się tam tak długo przybieracie? Hej panie Pietrze! A no! czekam na was. — Toć nie ja od siebie tu przychodzę, ale jako poseł książęcy — książe jest tu sam! Książe stoi u wrót, zmęczony, jechał całą noc, wstawajcie. —
Pietrze, a nuże! żywo! Zmiłuj się, chodź księcia przyjmować — a to się pogniewa. —
Usłyszawszy o księciu Petrek zerwał się co prędzéj, a że kożuch miał przy łóżku, chwycił go na siebie, i, jak miał zwyczaj gdy wychodził, nóż który u pasa nosił, wziął w rękę, i hełmem na prędce głowę przykrył. Otworzył drzwi.
Dobek, zobaczywszy broń, potém hełm, zaśmiał się i krzyknął.