Władysław patrzał w ziemię zasępiony.

— Miłościwy książę, ciągnął daléj Jaksa, zwracając się nie do Agnieszki, jakby jéj słuchać nie chciał, ale do księcia samego, miłościwy książę — błaha to jest poręka, ale ja głowę moją stawię ci za niego. Mało lichéj głowy téj, jaką sumę naznaczycie w złocie czy srebrze, aby wolen był i niewinność swą mógł wywodzić, położę u nóg twoich. —

Książę błysnął oczyma ku niemu, nie odpowiadając nic. — Agnieszka, czując się przez niego pogardzoną, bo na nią ani patrzał, ani jéj odpowiadał — zaczęła wołać.

— Miej się, ty młokosie, na baczności, abyś i głowy zuchwałéj i twego złota a srebra nie stracił. Tyś jego wspólnik jeśli go tak chcesz ratować, taki dobry jak i on — i ty powinieneś iść do więzienia gnić, albo i gardło dać!

Jaksa teraz dopiero spokojnie podniósł wejrzenie i wlepił oczy w niewiastę rozjadłą, która blasku źrenic tych znieść nie mogąc, w większy jeszcze gniew wpadła. — Rzucała się i miotała na siedzeniu odgrażając Markowi, który stał bynajmniéj niewzruszony.

— Wiem to, miłościwa pani, rzekł Jaksa, że i głowę i mienie stawię ujmując się za Petrka, ale mnie to najmniéj nie ustrasza. Ażali nielepiéj życie dać niż cnotę i sumienie? Błagam więc za tym którego niewinnym sądzę, błagam ponownie i zaklinam was, nie mażcie się krwią męża cnotliwego!

Panie! zwrócił się ku Władysławowi. Książę się nagle nasrożył.

— Milcz — krzyknął — milcz! niechceszli dzielić losu jego!

— Milczeć nie mogę — zawołał Jaksa, grzesznymbym był.

— Precz! precz! począł szybko mówić Władysław, nie tyle z gniewu co z obawy aby księżna nie uniosła się bardziéj jeszcze i nie chciała mścić się na nim.