Stary Petrek, choć i na nim widne były ślady więziennych dni i nocy w trwodze ducha spędzonych, nie tyle się odmienił co młode, pieszczone dziecię, wątlejsza istota z któréj zaledwie cień pozostał. — Światosław szedł słaniając się, wycieńczony głodem i zaduchą, pół żywy, jak trup wybladły.
Gdy na światło dnia wywleczono Petrka, oczy rażone blaskiem zamknąć zrazu musiał, bo odwykły od niego, znieść nie mógł, po ciemnościach.
Dobek zobaczywszy go z powiekami zmrużonemi, śmiać się począł okrutnie.
— Nie zamykaj oczów! zawołał; napatrz się na światłość dzienną, rychło nie ujrzysz już jéj, bo ci twe ślepia z rozkazu pana wyrwać każę. —
Jęknął Petrek i rękę mimowolnie przyłożył do czoła, a syn posłyszawszy urąganie to, zaryczawszy z żałości, chciał biedz do ojca — pochwycono go i strzymano.
Dobek niecierpliwie się miotał i wrzeszczéć począł.
— Sam tu, oprawca jaki! Jest który coby mu ślepia wydarł!
Pachołkowie wszyscy stali niemi. Do starszego z nich przypadł Marszałek bijąc go w plecy.
— Zaraz mi spełnić rozkaz pański! Słyszycie —
Oprawca zżymnął ramionami, bo choć nieraz spełniał podobne rozkazy, Petrka się dotknąć nie śmiał. Szanował go. — Mruknął ponuro.