Sam swoim przykładem ich ośmielał, bo pierwszy poręczyć był gotów. — Gdy na zamku zbliżający się orszak ujrzano, książę i żona jego zafrasowali się. —

Okazywała się znowu moc i władza duchownego, który na jedno zawołanie więcéj ziemian zgromadził niż książę ich widział u siebie przez ciąg pobytu swojego we Wrocławiu. —

Jechali wszyscy na zamek jakby umyślnie z przepychem, gromadnie, zbrojno, postrojeni otaczając Pasterza swojego, dwór dlań świetny tworząc i okazując że go uznawali głową swoją. —

Trzeba było iść u drzwi witać Biskupa, co też ks. Władysław uczynić musiał. Biskup, pół rycerz, zawsze się tak stawił księciu, jakby do równego sobie przybywał, niezlękniony, nie uniżając się, błogosławiąc do koła. Ode drzwi posunął się daléj przodując dumnie, za nim ziemianie liczni, wszyscy w milczeniu uroczystém.

Poczty i ludzie całe podwórza zajmowali. —

— Zezwoliliście, miłościwy książę, odezwał się Biskup wszedłszy do środka — abyśmy za Starostę Rogera złożyli porękę. Otóż, niesiemy ci ją. Daję ja moją, daje nie dziesięciu ale dwudziestu ziemian, za to, że gdy Roger słowo rzecze, na naznaczony czas stawić się będzie. Człowiek jest prawy, a słowo jego nie rdzewieje.

Agnieszka przytomna cofnęła się nie śmiejąc odzywać i mięszać do sprawy, książę który nawykłym był nic bez niéj nie czynić, zwrócił się i teraz ku niéj. Dała mu znak gniewny, aby się jéj nie pytał.

Aż nadto już mówiono o jéj wpływie na męża, zdradzać się z nim nie chciała.

Książę musiał stanowić sam, nie mając znikąd pomocy. Spojrzał po ziemianach, stali jakoś chmurni i nasępieni, czytał niemal z wejrzeń ich że za Petrka nań gniewni byli.

— Otoczony jestem zdrajcami — odezwał się ręce rozpościerając szeroko — nikomu wiary dać nie mogę. Bronię siebie i praw moich. Roger z tym nikczemnym zdrajcą za jedno trzymał. —