— Miłościwy książę, przebaczcie — przerwał Biskup, my Petrka za zdrajcę nie mamy. — Bogu rachunek z tego zdawać przyjdzie. Nie rad z obrotu rozmowy, książę wyzywająco popatrzał na ziemian, aż krewny Starosty Rogera, którego Leszkiem Wdałym zwano, odezwał się.
— Przyszliśmy tu ręczyć za brata naszego Rogera i porękę za niego wszelaką dajemy.
Wszyscy ręce zgodnie podnieśli. —
— Dajemy! dajemy! zawołali.
Biskup téż prawicę wyciągnął. —
— Ja z wami!
Ks. Władysław nie wiedząc co czyni, skinął na Dobka, który stał we drzwiach z tyłu.
— Wezwij go z więzienia i tu przywiedź — rzekł.
Nastało długie milczenie, czekano coraz się na drzwi oglądając. Znali wszyscy starostę jako męża w sile wieku i urody, któremu postawy i oblicza zazdroszczono, — nosił się téż, wiedząc o tém że urodziwym był, zawsze czysto i strojno. Gdy teraz się w progu ukazał, wprawdzie na bucie i postawie nie stracił, lecz — zaledwie go poznać było można, tak niewola brudem go swoim okryła. — W odzieży poszarpanéj gdy go wiązano, z włosami splątanemi, szedł jeszcze tak dumny, jakby złotogłowy na sobie dźwigał.
Obejrzał się w koło, przyszedł naprzód ucałować rękę Biskupa, który go błogosławił, pokłonił się potém księciu, nareszcie oczyma wyszukawszy Agnieszkę, wzrok w nią wlepił tak straszny i groźny, że się przed nim z mimowolnym krzykiem przestrachu, cofnęła.