W wejrzeniu tém co było zemsty, gróźb, gniewu z całego człowieka się zebrało i oczyma wytrysnęło. — Oczów już nie spuszczał z niéj i zabijał ją tym wzrokiem. —
— Daję wam wolność, abyście za siebie okup zebrali — odezwał się książę cicho. — Ręczą za was dostojni ludzie. — Idźcie z niemi, a powracajcie na czas z okupem, bo was znajdę i pod ziemią. —
Roger wysłuchał pańskiego słowa spokojnie, wzrok ciągle topiąc w Agnieszce, która w końcu, nie wytrzymawszy go, za męża się ukryła strwożona.
— Miłościwy książę, rzekł, ja i bez rękojmi dawszy słowo stawiłbym się w słowie, bo je więcéj ważę niż życie.
Pokłonił się. Biskup téż dziękować zaczął, ziemianie za nim, a że do czynienia nic więcéj nie pozostawało, jęli się zaraz żegnać. —
Roger stał przy Biskupie, oczyma jeszcze szukając ofiary swojéj, ale Agnieszka wymknęła się niepostrzeżona.
Zaledwie Biskup odjechał, gdy do izby wróciła niespokojna. Książę ją jeszcze nigdy tak wylękłą nie widział...
— Co ci jest? zapytał.
— Wzrok tego człowieka! téj żmiji! zawołała. — Puściliśmy go na zgubę naszą. Widziałeś jego oczy! ślepie zwierza wściekłego! Żaden człowiek tak nie patrzy, chyba wąż gdy zwierzę chce struchlałe połknąć. —
Książę się przeżegnał.