Ks. Marcin wolał odkrycie zostawić późniejszemu czasowi, i nie powiedział nic.

— Kto one są, to się tam późniéj od nich dowiecie — rzekł. — Ja tam coś słyszałem, nie dosłuchałem, ot — nie wiem. Dla mnie kto nieszczęśliwy, pomocy potrzebujący, o nazwisko się go nie pytam. Czyńcie i wy tak, miłościwa pani, na co wam ta ciekawość?

— To nie pusta ciekawość — odparła stara potrząsając głową. — Jam matka, mój ojcze, — kto wie? Lada godzina, mój Marek przybiedz tu może i zobaczyć dziewczynę — kiedy ona mnie za serce tak wzięła — co dopiero chłopca? Będzie mi jeszcze szalał za nią!

Rozśmiał się ks. Marcin.

— No, to co? odezwał się — jak poszaleją, ja pobłogosławię, szał odejdzie a szczęście Pan Bóg da. —

— A! nie! nie — poczęła stara, co mi tam z tego że taka piękna? To pajęczyna, ja z niéj pociechy nie będę miała, bo to siły niema, lada wiatr ją we mgłę rozwieje. Ja takiéj dla mojego nie chcę.

— E! e! rzekł ksiądz — przecie ta słaba dziewczyna, przez całą drogę matkę piastowała — a miała więcéj mocy niż ona!

— A takiéj żony krasawicy dla Marka nie chcę — rzekła stara uparcie. Co to warto? będzie się za nią rozpadał, przylgnie do niéj, rozleniwieje! Dzieci mi z niéj przyjdą słabe, co je trzeba będzie powijać w jedwabie. — Ja mojego w śniegum kąpała! Nie — nie!

Zadumała się stara macierz. —

— Chyba ją przed nim schowam, dodała — a jak? Oko chłopca piękną dziewkę przez ścianę dojrzy.