Ksiądz nie chciał mówić więcéj, i choć Jaksowa coś z niego dobyć usiłowała, zbył ją ni tém ni owém. — Została niespokojną i jak na straży.

Życie na starym gródku zaraz się dla tych gości całkiem zmienić musiało. Co dawniéj szło porządnie wedle koguciego piania i słońca, niczém nigdy niezmącone, teraz rwało się, wlokło, spóźniało, łatało niewiedzieć po jakiemu. Petrkowéj często trzeba było jadła gdy wszyscy spali, a snu gdy największa wrzawa była na grodzie.

Zresztą zamknięte siedziały same z sobą, matka i córka, bo Jaksowa służbę im posyłając, sama nie miała ochoty zbliżać się do nich. — Petrkowa, którą raz tylko widziała, jakiś wstręt w niéj budziła. Wzdragała się do niéj iść, potém ciekawość niewieścia ją brała, i pociąg czuła do pięknego dziewczęcia. Chętnieby ją nieraz wezwała do siebie — wstydziła się i obawiała.

Ile razy ją spotkała, pomyślała o niéj, zaraz jéj syn na pamięć przychodził — nuż zobaczy? nuż rozgorzeje?

Zdarzyło się któregoś dnia że Błogosławie, do jéj sukienek zszarzanych i podartych igły i nici było potrzeba. A że służby na ten czas przy nich nie było, wyszło dziewczę same szukać staréj pani, choć z trwogą wielką, bo pomarszczona twarz była jéj straszną. Jaksowa w swojéj świetlicy siedziała nad robotnicami, gdy bojaźliwe dziewczę ukazało się na progu z rumieńcem na twarzyczce. Stara uśmiechnęła mu się, wabiąc je ku sobie i zawiodła do bocznéj komory. — Posadziła strwożoną na ławie, a co miała pod ręką, plastr miodu, chleb biały, orzechy, postawiła przed nią i przysiadła się do niéj sama.

— Rybko ty moja — odezwała się — jak ci na imię? Zapytała grubym swym zwykłym głosem, który starała się napróżno łagodniejszym uczynić.

— Imię mam Błogosława — cicho szepnęło dziewczę.

— Dajże cię Bóg twém imieniem błogosławił — rzekła stara. Musiałaś się chować za kratą i bez słońca boś biała jak śnieg i wątła. —

Dziewczę spuściło oczy, łzy jéj się z pod powiek toczyły ciche, bo dawne, lepsze przypomniała czasy.

— Tak odezwała się — pani matka i ja, nie znałyśmy ani zimna, ani skwaru, ani słoty, dopóki... I łzy jéj mówić daléj nie dały.