Jaksowa chodziła chmurna jak noc, krzątając się niby koło wieczerzy. Gdy wszedł nie odezwała się do syna — usiadła na ławie naprzeciw niego, sparła na łokciu i patrzała w twarz swojego dziecięcia.

— Hej! odezwała się długo przemilczawszy, myślałam że ci się zatęskniło do staréj matki, a tyś gnał na złamanie karku, nie do mnie do tych kukieł białych! Nie kłam przede mną, wiedziałeś że one tu są, nie dla mnieś tu jechał a do nich!!

Jaksa poczuł się mężem i odrzekł śmiało.

— Usta się moje nigdy łżą nie zmazały — nigdy! nigdy! Szukałem Petrkowéj, nie taję, alem nie wiedział że tu jest. Do ciebie mi serce tęskniło jak zawsze. Matka wskazała ręką w stronę izb naprzeciwko.

— A do tamtéj, do tamtéj, to ci się nie tęskniło??

— Nie skłamię, tęskniłem i za nią, tak już musi być, bo w tém wola Boża.—

Stara wstała od stołu. Milczeli oboje. — Nie mówiąc nic puściła syna spać.

Gdy w komorze legł sam Jaksa, nim mógł pomyśleć co ma czynić — z sobą, ze znużenia wielkiego sen go ogarnął. A że kilkoro nocy spędził drzemiąc tylko na siodle lub pod drzewem, gdy raz padł na posłanie, objęła go żelazna moc snu i trzymała do rana.

Matka już budziła prządki i ogień rozpalać kazała, a on jeszcze jak legł na jednym boku, ciągle kamiennym snem odpoczywał.

Dzień dopiero biały powieki mu otworzył. — Nim ruszył się z posłania rozmyślać począł. — Co tu pocznę? Nie godzi mi się zostać a nie chce się jechać? Co pocznę? Tak dumając a przewracając się doczekał aż mu matka sama polewkę przyniosła, spojrzał na nią z obawą. Twarz miała smutną a uśmiechniętą.