— Pij i jedz — rzekła — nie dąsaj się — jam ci nie wrogiem, tyś dziecko moje...
Pocałowała go w czoło. —
— Niech się dzieje wola Boża!
— Matuś rodzona! rzucając się jéj na szyję, zawołał Jaksa — ty mnie kochasz, ty mi tego nie wzbronisz!
— Albo ja ci bronić mogę? poczęła stara. — Ja? Tyś mężczyzna nie dziecko, ani się pytać powinieneś o cudzą wolę, tylko swoją mieć. Plunęłabym na ciebie! Jedno wiedz. Weźmiesz słabą łątkę, tylko łzy z nią, bo to sił do życia ani do szczęścia niema! Nie daj Boże! A no — Bóg z wami!
Nie mówili więcéj, odeszła prędko. Jaksa dumał chodząc dzień cały. Błogosława nie pokazywała się do południa.
Żyć tak z nią na zamku, stać na straży, łapać wejrzenia, zapominać o wszystkiém nie myśląc jeno o sobie, błogo było, ale się nie godziło rycerskiemu dziecku.
Z południa poszedł Marek do Petrkowéj i rzekł.
— Muszę ztąd z mojemi ludźmi ciągnąć do książąt i do pana Petrka — może mi co do niego nakażecie? Pomyślcie, abym miał co odnieść. —
Błogosława spojrzała nań rumieniąc się.