— Sokół i sokolicha długo wróble jedli — począł podśpiewywać sobie, nie patrząc na pytającego, — jedli i latali górą! Aż się wróble zbiorą kupą, za sokołem lecą, to ten dziubnie, to ów dłubnie, pióra z niego miecą. A gonią a gnają. — Co się sokół zwróci, to wróbel upada, ale cztery stada, gromada nielada. Już i kruki z niemi, pędzi cała chmara! Sokół mdleje, siada, wróbli, kruków mnogość leci, dziubią oczy, skubią skrzydła. — Wróble poczęły, skończyły kruki, rozerwały na sztuki, na sztuki! Krucy lecą, kości świecą. — —

Ludzie słuchając pokiwali głowami, guślarz pobrzdąkał jeszcze, na ławę siadł, głowę spuścił. Szeptano cicho. —

— Byłby Sokół cały, gdyby nie Sokolicha!

Na drodze nie widać już było Jaksy, dojeżdżał do wrót grodowych, stróże w nich stali. Zwolnił sobie kroku, wlókł się pomaluteńku noga za nogą. Dojechawszy do bramy, gdy stróże przepytywać wstali, konia spiął nagle, przez wrota skoczył i minął ich. Zerwali się za nim wołając, ale już przepadł kędyś między chałupami, ani śladu! Kie licho! Kie licho! Pokiwali głowami i usiedli!

Jeden drugiego łajać począł.

— Tyś winien. — Tyś się zagapił. — W tém nadjechali społem już oba zmęczeni pogońce.

— Jechał tędy konny?

— A juściż. —

— Kimże się opowiadał?

— Końskim ogonem — odparł jeden ze stróżów z gniewem, tyleśmy widzieli go co nam pod nos zamiótł chwostem.