Cóż robić było? Ziewnęli u wrót stojący, zaklęli i siedli.
Jaksa tymczasem już do biskupiego dworu się zbliżał, a tu, nie czekając aż mu otworzą, z konia zsiadłszy do furty walił. Co trzy razy uderzył, to stanie i czeka. Za drugą trójką otwarto wrotka, wpadł przez nie, konia ciągnąc za sobą. — Zamykać! zawołał — a spyta kto? mówić, nikogo nie widzieliście. —
Opasły stryjaszek witał już w podworcu synowca i ściskał go ciesząc się. Razem coprędzéj szli do ks. Janika.
Biskupowi wojna już srodze była dojadła. Księży mu wybijała jak muchy, dziesięciny zagrabiała, mnożyła niepokój, zły téż był na nią, bo i na łowy trudno się było wychylić.
Zobaczywszy tu Jaksę znowu, uląkł się ks. Janik.
— A pocóżeś tu głowę przyniósł? zawołał.
— Musiałem! odparł Jaksa, was ztąd wyciągnąć mi kazano.
— A jaż tam po co? odezwał się ręce składając ks. Janik. Mało ich tam jest i nie wiedzą sami co czynić? jeszczem ja im potrzebny, który od nich nie więcéj wiem!
— Jako ono jest to jest, odezwał się Jaksa, ks. Pasterz Gnieźnieński pilno was do siebie do Poznania powołuje. Z tem jadę.
— A ja mu tam do czego?