— Biskupów potrzeba jak najwięcéj, odezwał się Jaksa, aby ich powaga siły nasze poparła. Sam ks. Arcybiskup wybiera się do obozu. —
Biskup podniósł oczy do góry. —
— Daj Bóg abyśmy mu cokolwiek pomogli — westchnął. Wojna to z ludźmi co ani Boga ani sług jego nie szanują. Myśleliśmy gdy się nam poszczęściło pod Pilicą, że temu już będzie koniec. Niezbożni dwakroć większe siły zebrali i poszli brać grody, i pobrali jedne po drugich. — A nas szczupła gromadka!
— Nas dużo, ojcze kochany, począł Jaksa ręce jego całując. Wszystko się tak składa że gdzie oni tryumfu się spodziewali, tam zgubę znaleść muszą. Odbiegną Władysława wszyscy, gdy ujrzą że Bóg go opuścił, gdy Arcybiskup klątwę nań rzuci uroczystą.
— Gdzie? jak? kiedy! spytał ks. Janik.
— We własnym jego obozie, wobec jego ludzi — mówił Jaksa — tak jest postanowiono.
Ks. Janik zadumany, milczał.
— Więc mnie tam żądają? rzekł po chwili.
— Z tém tu przybyłem, począł Jaksa wesoło. Do samego Wrocławia chwytali mnie po drodze, nie mogąc pochwycić. — Oto dzięki Bogu stoję u celu, a teraz gdy suknię waszego sługi przywdzieję i z wami nazad jechać będę, już mi się nic stać nie może.
Ks. Janikowi twarz się powoli rozjaśniała.