— Powiedz mi co o naszym Petrku? Jak mu jest?

— Mężny jako żaden, cierpliwy jakom nie widział nikogo — odpowiedział Jaksa. — Wszyscy go tam jako męczennika czczą, albowiem się nim stał i odmienił a stał prawie innym, świętym człowiekiem. Modli się i w duszy pogodę ma, jak gdyby z tego co mu się przygodziło, cieszył. —

Mówili jeszcze, gdy po rączym chodzie i jasnym głosie, poznał Biskup nadchodzącego Starostę Rogera. Zwrócili się ku drzwiom wszyscy. Wszedł raźno, wesół i śmiejący się jakby walną bitwę wygrał. Biskup patrzał nań gdy mu ręce całował, nie pytając a czując że sam zaraz spowiadać się zacznie.

Jakoż Starosta głowę podniosłszy, wnet mówił.

— Wasza Miłość jużeście i nieciekawi i zkąd jadę?

— Owszem, czekam abyście mi waszą wesołą twarz tłumaczyli.

— Jadę od Mikowa i od Jerzego z Głogowa — zawołał Roger. Prawda żem się im i kłaniać i modlić i nogi całować musiał, alem naostatek ich obu pozyskał. Jerzy zamku nie poda! nie! Mików będzie trzymać z nami i ta dzicz pogańska padnie, rozlezie się jako gąsienice po ulewie w błoto wsiąkając. — Będziemy górą!

A obejrzawszy się na Jaksę. —

— Ty zkąd tu! Jakso? zawołał.

— Ztamtąd gdzie, maluczko a wszystko się rozstrzygnie — rzekł uśmiechnięty Marek.